– Nie okopuję się. Rozmawiam. A w gronie osób z niepełnosprawnością zakładam kolorowe skarpetki nie do pary. Jestem sobą – mówi Wioleta Haręźlak, kandydatka do Sejmu RP.

 – Mówią, że gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Zbitka ze słowem „poseł” nie jest tu przypadkowa…

Wioleta Haręźlak, kandydatka na posłankę RP: – Często to o sobie słyszę. Podobno są i tacy, którzy porównują mnie do Margaret Thatcher, że niby ze mnie taka „żelazna dama” Jestem uparta, to fakt… gdy „dyskutuję” z prezydentem, to on pierwszy kładzie mi czekoladę na biurku.

– Pani upór ma swoje dobre strony. Być może dziś nie byłoby ZGranej Rodziny i ZGranych Zielonogorzan 50+.

– Niektórzy mówili, że jeśli znajdę partnerów, którzy w to wejdą za darmo, to im kaktus na dłoni wyrośnie, a właściciele sklepów i punktów usługowych na pierwszym spotkaniu patrzyli na mnie jak na wariatkę. Dziś karty rabatowe ma kilkadziesiąt tysięcy zielonogórzan, a partnerów jest kilkuset. To fajny program, pomysł chyba warszawski.

– Mówią też, że kobiety łagodzą obyczaje?

– Bo łagodzą. Faceci są… pragmatyczni, krążą po swojej orbicie i często nie dostrzegają uczuć i problemów, które dla nich są mniej ważne od budowy drogi. Na przykład – problemów oświatowych i społecznych, które dla mnie są najważniejsze.

 

– I to o nich pani myśli, kandydując do Sejmu?

– Zamiast polityki, która wielu facetom przesłania wszystko inne, zdecydowanie preferuję rozmowę o prawdziwych problemach i ich rozwiązywanie. Z oświatą i społeczną sferą naszego życia jestem związana niezmiennie od 35 lat. Od podszewki znam wszystkie ich bolączki. Dlatego odpowiedź brzmi: tak. Cele mam te same, tylko wymiar zmieniłby się na bardziej globalny. A moje doświadczenie, również to ostatnie z sejmiku lubuskiego, jest dobrą bazą, by rozmawiać o tym, co przekłada się na życie wszystkich samorządów.

– O jakie więc sprawy zabiegałaby pani w parlamencie na niwie oświaty?

– O jej odbiurokratyzowanie. Od dawna żyjemy w dobie komputerów, a w szkołach wszystko robi się jak za króla Ćwieczka, na papierze. Roczne projekty organizacyjne szkół to klejone i składane płachty papieru, które mają po 10 metrów, a gdy szkoła jest większa to „dywan” sięga nawet 15 metrów! Kto to sprawdza? Ja musiałabym to chyba robić na boisku CRS-u… Albo na mównicy sejmowej, żeby wszyscy zobaczyli ten absurd. Byłabym też orędowniczką godnych zarobków nauczycieli, bo one są wciąż za niskie. Już dziś w przedszkolach i na wszystkich poziomach szkolnych mamy za mało nauczycieli. Za to coraz więcej nauczycieli emerytów. Z całym przekonaniem walczyłabym też o odchudzenie programów nauczania i ich dostosowanie do wieku i możliwości dzieci. Obecne szkodzą uczniom i nauczycielom, pracują oni pod presją czasu. I nie ma mowy o kleceniu tych zmian szybko, na kolanie, musieliby to zrobić eksperci. Dyskusja w Sejmie o programach musi się rozpocząć. Ale jeśli chodzi o reformy… to wszyscy: dzieci, rodzice, nauczyciele – mamy ich już dość. Bo od lat każdy minister edukacji chce w tej „alei gwiazd” zostawiać odcisk swojej dłoni.

– Wśród wszystkich kandydatów do parlamentu najwięcej jest nauczycieli, co dziesiąty. To pokłosie ich niezadowolenia czy przypadek?

– Moim zdaniem ani jedno, ani drugie. Tak samo jest w zielonogórskiej radzie miasta: Ronowicz, Budziński, Hryniewicz, Kasza, Kucharska-Dziedzic… to wszystko nauczyciele, jedna piąta rady. Bo nauczyciele po prostu tacy są: nieobojętni, zaangażowani w sprawy społeczne, dobrze wykształceni i z gotowością do doskonalenia, umiejący się komunikować…

– Na sercu leży pani również los osób z niepełnosprawnościami i ich rodzin.

– Dumna jestem z tego, że przez ostatnie kilkanaście lat stworzyliśmy w Zielonej Górze system pomocy osobom niepełnosprawnym. Są: warsztaty terapii zajęciowej, ośrodek terapii zajęciowej, domy środowiskowe, szkoła specjalna, ucząca zawodów, no i „Promyk”, który rehabilituje osoby do 24. roku życia. Od niedawna istnieje też opieka wytchnieniowa dla rodziców dzieci niepełnosprawnych. Spotkałam się z pierwszym turnusem, który już się zakończył… Rodzice dorosłych dzieci z niepełnosprawnością intelektualną pierwszy raz w życiu oddali je na dwa tygodnie, żeby po ludzku odpocząć. „Ja 20 lat nie miałam kiedy umyć okien w domu a co tu mówić o wypoczynku” – powiedziała mi jedna z mam. Łza się w oku kręci…, ale i szczęście przeogromne. A teraz, 16 października, będziemy otwierać mieszkania chronione, które mają pomóc usamodzielnić się osobom chorym psychicznie. W toku realizacji projektowej jest hostel. To wisienka na torcie w tym systemie, której nam wciąż brakuje… i z tego ostatniego powodu również moja pięta achillesowa. Chcę być blisko osób niepełnosprawnych, więc w Sejmie byłabym ich trybunem. Ale bez tych żenujących politycznych pokazówek, których świadkami byliśmy nieraz. Prawdziwych relacji nie buduje się w świetle kamer.

– A właśnie te relacje są dla pani ważne?

– Najważniejsze. Gdyby zapytała pani ludzi, którzy mnie znali 30 lat temu, powiedzieliby, że zawsze tak było. Stanowisko nie zrobiło ze mnie ani sztywniaka, ani głuchej i ślepej na innych. Nie okopuję się. Dyskutuję albo zakładam kolorowe skarpetki nie do pary, by razem z osobami z zespołem Downa poznać nowego Bachusika Syndromusa Downusa. Jestem sobą. I uważam, że tylko szczere relacje przynoszą dobre efekty. W Zielonej Górze, gdy jest ważne zadanie do wykonania, dyrektorzy szkół i przedszkoli tworzą monolit. Mimo oczywistych różnic w poglądach. Bez niego nie udałoby się przeprowadzić reformy obniżającej wiek szkolny czy likwidacji gimnazjów tak, jak się udało. Podobnie jest w sferze społecznej. Nie można niczego dobrego zdziałać dla ludzi w oderwaniu od nich i od rzeczywistości. Nawet w tym wielkim Sejmie.

 

– Dziękuję.

Ewa Lurc