Chciał być pierwszym Polakiem, który pojedzie na Igrzyska Olimpijskie w skokach na trampolinie. Tego marzenia nie spełnił, ale sukcesów w ciągu 18 lat startów nie brakowało. Największym było zdobycie Pucharu Świata. Bartłomiej Hes, wielokrotny medalista mistrzostw kraju, wicemistrz Europy zakończył sportową karierę.

 – Podczas mistrzostw Polski i jubileuszu 65-lecia lekkiej atletyki zakończyłeś oficjalnie karierę. Ile to było? 18 lat?

– Na trampolinie spędziłem około 18 lat. Przyszedł taki moment, żeby się pożegnać i podziękować wszystkim, z którymi współpracowałem, z którymi trenowałem.

 

– Powodem jest zdrowie? Czy chcesz może poświęcić się czemuś innemu?

– Mam już swoje lata, jak na akrobatę. Myślę, że dużo w sporcie zrobiłem. Szczyt formy za mną i nie wszedłbym już na taki poziom sportowy, jak kilka lat temu.

 

– Powspominajmy. 18 lat temu przychodzi mały Bartek na pierwszy trening akrobatyki. Pamiętasz dzień, gdy to wszystko się zaczęło?

– Bardzo dobrze te czasy pamiętam! (śmiech) Ostatnio kolega pokazał mi filmik z moimi pierwszymi skokami i nieźle się przy tym uśmiałem! To były komiczne próby! Zawsze miałem jednak zacięcie sportowe. Chciałem więcej i więcej. Chciałem coraz wyżej skakać, wykonywać coraz lepsze i trudniejsze elementy.

 

– A dlaczego akrobatyka? Dyscyplina trudna, wymagająca. Rówieśnicy zapewne ruszali na treningi koszykówki, piłki nożnej.

– Zawsze kręciło mnie coś innego. Nie chciałem robić tego, co wszyscy. Wiedziałem, że w Zielonej Górze jest silny klub akrobatyczny. Przyszedłem, zobaczyłem jak wyglądają treningi. Spodobało mi się, a zawsze lubiłem skakać, robić różne salta i ewolucje. Szybko połknąłem bakcyla.

 

– Marzyły ci się Igrzyska Olimpijskie. Ostatecznie udało się pojechać na Igrzyska, ale Europejskie.

– Moim marzeniem było zakwalifikować się na najważniejszą imprezę czterolecia, ale niestety, tego celu nie udało się zrealizować. Zresztą, jeszcze żadnemu Polakowi w mojej dyscyplinie to się nie udało. Byłem za to na Igrzyskach Europejskich, tam miałem finał, co też jest dobrym wynikiem. Myślę, że Igrzyska Olimpijskie, które tak mnie napędzały sprawiły, że osiągałem te dobre rezultaty na innych zawodach.

 

– Z czego najbardziej jesteś dumny?

– Na pewno najcieplej będę wspominał wygraną w Pucharze Świata w Szanghaju. Były to dla nas wspaniałe zawody. Wygraliśmy w synchronie razem z Łukaszem Tomaszewskim. To było coś cudownego, usłyszeć „Mazurka Dąbrowskiego” w dalekich Chinach. Będę też wspominał inne medale, np. wicemistrzostwo Europy. To był taki nasz pierwszy medal (z Łukaszem Tomaszewskim z klubu Victoria Jawor – dop. MK) na tak ważnych zawodach i to od niego tak naprawdę wszystko się zaczęło.

 

– Co teraz?

– Jestem pracownikiem Uniwersytetu Zielonogórskiego. Pracuję też w szkole sportowej, więc mam dużo zadań. W tym się realizuję.

 

– Praca trenera też cię interesuje?

– Zawsze będę się obracał w tej naszej akrobatyce. W szkole trenuję z dziećmi, ale swoich grup, typowo treningowych, na zajęciach popołudniowych jeszcze nie mam.

 

– Widzisz następców?

– Tak, obserwowałem ich podczas ostatnich mistrzostw Polski seniorów. Naprawdę są utalentowani zawodnicy, którzy na pewno za kilka lat dostarczą nam wielu emocji. W naszym klubie też jest dużo utalentowanych dzieci. Wszystkim życzę, żeby chociaż przeżyli tyle, co ja.

 

– Wiesz, co grozi byłym sportowcom? Np. brzuszek. Co zrobisz, żeby temu zapobiec? Poskaczesz czasami na trampolinie?

– Wiem! Sportowa emerytura grozi różnymi nieciekawymi sytuacjami, ale staram się być cały czas aktywny. W sali gimnastycznej jestem niemal codziennie, mimo że już nie startuję. Trochę sobie poskaczę, porobię jakieś ćwiczenia dla siebie. Jestem i będę aktywny.

 

– Czego ci życzyć?

– Sukcesów na innym polu. Za rok planuję obronić doktorat i mam nadzieję, że wszystko pójdzie gładko. Moja praca naukowa związana jest z rozwojem biologicznym dzieci, w kontekście zróżnicowanej aktywności ruchowej. Moją grupą badawczą są dzieci, które trenują akrobatykę.

 

– Dziękuję za rozmowę.

Marcin Krzywicki