Jako działacz obywatelski uważam, iż mam głos w sprawie budżetu mojego Miasta. Moje zdanie dotyczy trzech charakterystycznych dla Zielonej Góry kwestii.

Kieszonkowe radnych to nasze odkrycie, nie wstydźmy się tego zielonogórskiego wkładu w demokrację bezpośrednią. Zbliża ono radnych do wyborców, powoduje większe zaangażowanie w życie okręgu, pogłębia odpowiedzialność. Nic bardziej nie zabija życia obywatelskiego, jak gadające głowy, „wiedzące lepiej” od samych mieszkańców. Radni, politycy to nie jakaś lepsza kasta, która w zaciszu sali obrad realizuje monopol na wszechwiedzę o moich potrzebach, jako mieszkańca Zielonej Góry. Ja, mieszkaniec, gdy mam pomysł zwracam się do konkretnego radnego, pana Jana, pani Ewy. I ta konkretna osoba sprzyja mojej inicjatywie, albo odpowiada iż wspomaga już ważniejszą inicjatywę. Tutaj nie ma wytłumaczenia, że Rada zagłosowała inaczej, tutaj radny odpowiada sam za kwotę na spożytkowanie której ma wpływ sam jeden. Wyborca może to sprawdzić i wyrobić swoje zdanie o trosce radnego o miasto. Wszystkim krytykom kieszonkowego sugeruję sprawdzenie na co poszły te pieniądze w poprzednich latach. Tu nie było patologii, prywaty. Tylko pamiętajmy o jednym – to nie radny musi wesprzeć akurat mój pomysł, ale to ja muszę mieć pomysł i przekonać radnego, że jest on właśnie wart zaangażowania publicznych środków.

Od wielu lat przekonuję, że budżet obywatelski zbliża radnych do wyborców, pobudza i jednoczy zatomizowane społeczności osiedli i dzielnic. Gdy miłośnicy kolejki wygrywali budżet obywatelski, dzięki konsultacjom i aktywizacji społeczeństwa Zielonej Góry, radni i aktywiści PiS-u eksperymentowali z imperatywem obowiązku „służbowego” wywieranym na uczniach III LO i Zespołu Szkół Ekologicznych. Ich zwycięstwa spotkała krytyka. Potem radny Binek, Sroczyński a teraz Legutowski poszli drogą, którą wskazałem na początku i dziś mieszkańcy Chynowa, Jędrzychowa, Drzonkowa mają swoich liderów, spotykają się, czynią cuda w swoim otoczeniu. Taki sam mechanizm dotyczy kieszonkowego radnych. Kieszonkowe to (1) jednostkowa odpowiedzialność radnego, bez krycia się za głosowaniem całej Rady, (2) pomysły ludzi z krwi i kości, z osiedla a nie polityczna poprawność wychodząca z partyjnych gabinetów, (3) autentyczna więź radnych z wyborcami.

Łącznik Zielonogórski przychodzi do ludzi, nie trzeba za niego płacić ani szukać go w kiosku. Mam w go w skrzynce na listy, pisany prostym językiem, bez „gadających głów” i ich nowomowy, jałowych kłótni. Nastraja optymizmem, pokazując sukcesy. Jego brak to odcięcie tysięcy zielonogórzan od informacji obywatelskiej o mieście. Trzeba tylko zapisać sobie namiar na Tomka Czyżniewskiego i na czas podać mu solidną informację, a mieszkańcy dowiedzą się o tym gdzie warto pójść, co zobaczyć, co przeżyć. Trzeba walczyć o jakość Łącznika a nie go likwidować. To tak jak z zielonogórskimi seniorami. Niby jest UTW, kluby seniora, ale obowiązują w nich opłaty, limity miejsc, są kolejki. Na UTW uczęszczają seniorzy świadomi swoich potrzeb, którzy przez całe życie wiedzieli czego chcą i nie potrzebują pokierowania na stare lata. W klubach, nota bene zamkniętych dla nowych chętnych (poza jednym), są tylko ci których zapisała rodzina, a przynajmniej większość z klubowiczów ma te rodziny, nie jest samotna w domu. Brakuje otwartych miejsc dla samotnych w swoich domach osób. A tymczasem do nich trzeba przyjść bezpośrednio i to robi Łącznik Zielonogórski. Zadbajmy o to, aby był lepszy, dla tych, którzy nie wydadzą kilku złotych na Lubuską czy Wyborczą, dla tych, którzy nie serfują po portalach w komputerze, ale – może bardziej niż inni – potrzebują wyjść z domu, porozmawiać, zająć się czymkolwiek poza samotnością w czterech ścianach.

Oszczędności. Budżet nie spina się na większą sumę niż kieszonkowe i koszt Łącznika. Poza tym oszczędności szuka ten któremu się nie udało, który się nie rozwija. Nie szukajmy ich, znajdźmy źródła dochodu, zaróbmy jako Miasto. (1) Nie rozumiem dlaczego lekcji religii w państwowych szkołach nie utrzymuje finansowo Kościół ? Przestańmy traktować ten przedmiot, jako przykry obowiązek za który płaci „państwo”. Wiemy, że poziom religii w szkole jest słaby. Niech Kościół finansuje w całości te lekcje, wtedy katecheci (świeccy lub duchowni) przyłożą się, nie będzie to tylko zawód ale powołanie. Nasze dzieci zbliżą się do fundamentalnych wartości chrześcijańskich, dzięki autentycznemu przekazowi staną się lepszymi obywatelami a miasto zyska również finansowo (lepsi, bardziej światli obywatele, to lepsi, więcej płacący przedsiębiorcy – podatnicy). (2) Oddajmy wreszcie jednostki gospodarcze miasta i zaniedbane, nie przynoszące dochodu place fachowcom i przedsiębiorcom. Nie mieści mi się w głowie, jak taki lokal jak „Palmiarnia” może nie przynosić kolosalnych dochodów ? Jak dochodów może nie generować amfiteatr ? A ile w obrębie miasta jest nieużytków, ruder ? Ile lat nie przynosi podatków „Zloty dom”, ile lat nie przynosiła podatków działka po Hali Ludowej, ile jeszcze lat nie wykorzystane będą gospodarczo piwnice winiarskie, z tą na ul. Wodnej na czele ? A to tylko kilka wybranych przykładów… Miasto ma możliwości finansowo – prawne wymuszenia rozpoczęcia działalności przez właścicieli chomikujących istotne dla miasta gospodarczo działki i budynki. Jest oczywiste, że PiSowskie zwolnienia z podatków wybranych grup ludzi, to ubytek podatków i po prostu nieuczciwa konkurencja dla normalnych przedsiębiorców, ale przy obowiązującym systemie wyborczym, ludzie którzy to rozumieją nie mają wpływu na wynik wyborów. Ale gdy policzymy ile podatków jako Zielona Góra straciliśmy, okaże się, że gdyby pogonić do działania gospodarczego wszystkich chomikujących nieruchomości w mieście, zyskalibyśmy więcej podatku niż utraciliśmy przez głupie decyzje rządu w Warszawie. (3) Przyjrzyjmy się strukturze inwestycji w Zielonej Górze. Większość to mieszkaniówka, pojawiają się też apartamenty na wynajem. Podatek z tego najmniejszy z możliwych a przestrzeni zajmuje co niemiara. Doradzając nadmorskim burmistrzom i wójtom w woj. zachodniopomorskim podkreślam zawsze, iż w interesie gminy są inwestycje nie w apartamenty, ale w firmy i przedsiębiorstwa. Ile bloków trzeba jeszcze wybudować w Zielonej Górze, aby przekroczyć granice równowagi podatkowej między niskodochodowymi dla miasta inwestycjami w apartamenty i mieszkania, a naprawdę podatkotwórczymi przedsięwzięciami gospodarczymi (usługowymi, produkcyjnymi)?

Wszystkich, którym nie jest obojętny standard życia na zielonogórskich osiedlach, przy zielonogórskich ulicach zapraszam do dyskusji.

Mieczysław J. Bonisławski