Maseczki są jednorazowe, bawełniane, kolorowe, białe… Dla szpitali, pogotowia, domów pomocy społecznej, sąsiadów. Jedni szyją, drudzy kupują materiały, jeszcze inni tną je na odpowiednie rozmiary. Nasze mieszkania zamieniły się w małe szwalnie. Każdy pomaga w miarę możliwości, a rąk do pracy nigdy nie jest za dużo. Zielonogórzanki i zielonogórzanie opowiadają nam o swoich motywacjach i zaangażowaniu w tę piękną akcję. Niektórzy pracę i jej efekty uwiecznili też na zdjęciach.

Katarzyna Prokopyszyn

Cała akcja z szyciem maseczek zaczęła się u mnie od tego, że ze względu na koronawirusa musiałam zamknąć chwilowo mój zakład kosmetyczny. Stwierdziłam, że nie będę bezczynnie siedzieć w domu. Mogę szyć maseczki. Był tylko jeden problem… nie miałam maszyny! Na grupie „Widzialna ręka Zielona Góra” napisałam, że jestem chętna do szycia, ale nie mam odpowiedniego sprzętu. Odezwała się pani, która ma maszynę, ale nie umie szyć. I tak to się zaczęło kręcić! Osób chętnych do pomocy było coraz więcej. Ale brakowało a to gumek, a to flizeliny. Otworzyłam grupę na Facebooku „Maseczki Zielona Góra”. Zaprosiłam swoje koleżanki, zaczęło dołączać coraz więcej kobiet. Na początku szyłyśmy tylko maseczki, teraz robimy też ochraniacze na buty, fartuchy, startujemy z pierwszymi próbami uszycia kombinezonów. Mam gotowy projekt przyłbic z teczek na dokumenty. Obecnie zajmuję się koordynowaniem wszystkich zadań związanych z akcją. Dowożę materiały, odbieram od pań uszyte maseczki, zawożę je do szpitala. I tak codziennie od 9.00 do 21.00. Każdego dnia przekazujemy do szpitala i pogotowia 1.500-2.000 sztuk maseczek!

Dziewczyny tak fajnie wzięły się w garść, Zielona Góra otworzyła serca. Normalnie te osoby nie usiadłyby przy maszynach, bo mają chore ręce, kręgosłupy. Teraz działamy wszyscy wspólnie. Nieważne, czy ktoś uszyje 30 maseczek, czy 300. Każdy bije swoje osobiste rekordy i to jest piękne!

Pani Patrycja

U nas cała rodzina szyje: ja, mama, ciocia, 10-letnia córka pomaga między lekcjami. Znajomi tną materiały. Maszyna już mi się gotuje – śmieje się pani Patrycja. – Po prostu nie wyobrażam sobie, żeby nie pomóc, kiedy mogę. Mam tak od zawsze.

Wszystkie osoby, które pomagają, od tnących kilometry gumek, troczków, materiałów, po szyjących, zawiadujących tym całym galimatiasem (internetowo i w terenie) – wszyscy oni biją swoje rekordy w sercach. Dziewczyny czasem łapią przysłowiowego „doła”, że tylko tyle udało im się uszyć, ale przecież z tych „tylko tyle” codziennie wychodzą tysiące.

Jeszcze dodaję ucałowania dla mężów, partnerów – za pomoc i cierpliwość… I pyszne obiadki i serniczki. Żebyśmy my mogły szyć!

 

Stowarzyszenie „Kolorowy Chynów”

Akcja pomocy z przyłbicami zrodziła się z potrzeby serca, spontanicznie, na prośbę koleżanki z oddziału onkologicznego. Kiedy trzeba było działać, zaczęliśmy szukać rozwiązań. Paweł wykonał projekt, na podstawie którego powstał prototyp przyłbicy. Potrzeba matką wynalazków! Piotrek udostępnił swoje materiały oraz laser, na którym można było wycinać przyłbice. Później potrzebne były gumki, zszywacze, folia, pianki (od naszych kochanych dzieci), odpowiednie taśmy. I tu z pomocą przyszli niezawodni ludzie z naszego Stowarzyszenia. Dzięki temu jesteśmy w stanie stworzyć 50 sztuk przyłbic. Część z nich trafiła na oddział onkologiczny. Dla Stowarzyszenia normalną rzeczą było również włączenie się do akcji szycia maseczek, które rozdajemy w pierwszej kolejności mieszkańcom osiedla Chynów. Kiedy ktoś z grupy, czy nawet z osiedla potrzebuje czegoś, czy to maseczki, czy to słoika ogórków, czy to drożdży, za chwilę to ma. Jesteśmy po prostu jak rodzina, która wspiera się nawzajem i pomaga tym, którzy tej pomocy teraz potrzebują.

Pani Katarzyna

Spotkałam w swoim życiu serdecznych ludzi, którzy pomagają i dzielą się swoją pozytywną energią, a pomaganie jest zaraźliwe. Nauczyłam się szyć na warsztatach krawieckich, więc jak mogę teraz to wykorzystać i zrobić coś dobrego, co może komuś pomoc, to czemu nie?

 

Agnieszka Szpet

Dołączyłam do akcji ponieważ dla mnie poczucie, że mam na coś wpływ, jest bardzo ważne. Zdaję sobie sprawę, że w tej sytuacji jest on znikomy, ale jest. Bierność i bezradność jest czymś, co mnie paraliżuje. W moim przypadku udział w akcji działa w dwie strony – pomagam szyjąc maseczki, a dzięki inicjatywie jest mi łatwiej mierzyć się z tą trudną sytuacją.

Renata Kapica-Miarka

Od kilku miesięcy uczęszczam na kurs krawiecki, który pozwolił mi zdobyć niezbędne umiejętności, przydatne teraz do niesienia pomocy. Dzięki pracy w szkole mogłam dotrzeć do szerszego grona i zaangażować więcej osób w szycie masek. Moi domownicy także pomagają. W codziennym życiu i pracy także angażowałam się w akcje charytatywne i zachęcałam do tego innych, organizując zbiórki. Dzięki jednej z takich akcji poznałam psy, które zabrałam do domu. Wierzę, że każde ofiarowane dobro wraca i uczy innych pozytywnych zachowań.

 

Pani Zofia

Pomagam, bo pomaganie mam „we krwi”. Moja praca też wiąże się z pomaganiem. Pracuję jako asystent osób niepełnosprawnych, w szeroko rozumianym znaczenia słowa „niepełnosprawny”. Kocham swoją pracę i ludzi. Wszyscy potrzebujemy wsparcia i jeśli to zrozumiemy, będziemy wzajemnie sobie pomagać, nie tylko szyjąc maseczki.

Robert Górski

W przerwach między wyjazdami do wezwań siadam przy stole i z pistoletem do kleju zabieram się za wyrabianie maseczek ochronnych dla siebie i kolegów lekarzy. Z beli włókniny medycznej wycinam za pomocą drewnianych matryc fragmenty, które następnie składam tak, aby maseczka miał trzy warstwy. Na środku umieszczam rozprostowany ręcznie spinacz biurowy z zaokrąglonymi końcami. Ten element znajduje się przy nosie i ma na celu dociśnięcie maseczki do skóry, aby zniwelować wolne przestrzenie. W narożnikach, z pomocą pistoletu do klejenia na gorąco, umieszczam gumki. Na końcu z każdej strony dorabiam po dwie zszywki biurowe. Tworzą falbankę, aby boki maseczki dobrze przylegały do policzków.

Agata Przybylska, (pj)