Zawodnik Stelmetu Falubazu pozostaje w gronie żużlowców, którzy powalczą w cyklu Grand Prix 2020. Ostatnia runda zmagań na toruńskiej Motoarenie była dla niego jednak istną drogą przez mękę.

Ze szczęśliwym zakończeniem. Żużlowi bogowie byli tego wieczoru z województwa lubuskiego. Mistrzem świata został Bartosz Zmarzlik z północy regionu, który wytrzymał presję i nieprawdopodobny napór Leona Madsena. Duńczyk zgarnął maksymalną pulę – 21 punktów, wygrywając siedem wyścigów, ale i to na żużlowca gorzowskiej Stali było za mało.

Dudek w Toruniu punkty ciułał. Uciułał cztery i potem mógł już tylko nerwowo patrzeć na to, co zrobią rywale. Zrobić musieli niewiele, by wypchnąć żużlowca Stelmetu Falubazu poza czołową ósemkę, która ma zagwarantowany start w przyszłorocznym wyścigu po mistrzostwo świata. Najpierw w swoim ostatnim starcie nie mógł zapunktować Matej Žagar. Słoweniec rzeczywiście przyjechał czwarty, a w kolejnym biegu musiał jego śladem podążyć Artiom Łaguta. I podążył. Na placu boju pozostał już tylko Niels Kristian Iversen, który znalazł się w gronie półfinalistów toruńskiego turnieju. Gdy awansował do finału stało się jasne, że nie może go… wygrać. Gdyby triumfował, wówczas Dudka czekałby wyścig dodatkowy o miejsce w elicie na przyszły rok.

– Byłem już przebrany po swoich wyścigach. Nagle dowiedziałem się, że Iversen może się ze mną zrównać punktami. Po jego dobrym starcie w finale już miałem ochraniacze i kevlar na sobie – zażartował po zawodach Dudek. Mogło być mu do śmiechu dlatego, że Duńczyk finiszował trzeci. Podobnie jak Žagar, nie miał jednak noża na gardle, bo zdobył przepustkę do przyszłorocznych mistrzostw z turnieju Grand Prix Challenge.

To był trzeci sezon zielonogórzanina w elitarnym cyklu. Pierwszy, przed dwoma laty był jak ze snu. Debiutant Dudek pomknął od razu po wicemistrzostwo świata. W poprzednim, do ostatniej rundy w Toruniu w ogóle nie dojechał. Opuścił dwie ostatnie odsłony ze względu na kontuzję. Mimo to, zdołał wywalczyć więcej punktów niż w tym roku. Wtedy 84 punkty pozwoliły na zajęcie dziewiątego miejsca. W tym roku 79 „oczek” pozwoliło nie oglądać się na nominacje BSI i ewentualne zaproszenia w postaci stałych dzikich kart.

Początek tego sezonu był jednak wyśmienity. Poobijany, niedługo po upadku w ligowym starciu z lublinianami, Dudek jechał w stolicy Polski jak z nut. Na warszawskim PGE Narodowym był na najniższym stopniu podium, podobnie jak jeszcze w trzeciej rundzie w Pradze. Później już tak dobrze nie było, a w ostatnich trzech rundach łącznie uzbierał 10 punktów. – Z nieba do piekła – podsumował cały cykl. – Ostatnie trzy turnieje były ciężkie, a przecież po pierwszych rundach byłem liderem. Dużo się działo w tym sezonie – ocenił „Duzers”.

(mk)