– Jeśli nie otrzymamy realnej pomocy, za dwa, góra trzy miesiące zajrzy nam w oczy finansowa śmierć – niemal zgodnie twierdzą zielonogórscy hotelarze i restauratorzy.

Ani jeden zielonogórski hotel nie świadczy już usług. – Krach zaczął się z początkiem marca. Klienci zaczęli masowo wycofywać rezerwacje związane z firmowymi eventami: zjazdami, konferencjami gospodarczymi czy pokazami dla biznesowych partnerów. Do tej pory osiągaliśmy spore miesięczne przychody. Teraz w naszym hotelu i restauracji zapanowała cisza, stan wyczekiwania potrwa do 20 kwietnia. Co będzie dalej, zobaczymy – wyjaśnia Sylwia Monachiewicz, dyrektorka hotelu Qubus.

 

Catering nas nie uratuje

Właściciele bądź zarządcy zielonogórskich hoteli i restauracji podobnie opisują sytuację: brak klientów, na urlopach niemal wszyscy pracownicy, na posterunku tylko nieliczni.

– W normalnych warunkach zatrudniam ok. 9 osób. Po ogłoszeniu stanu epidemicznego niemal wszystkich wysłałem na urlop. Odgrywam teraz trzy role jednocześnie: jestem właścicielem, zarządcą i recepcjonistą. Mógłbym jeszcze świadczyć usługi cateringowe, ale to nie zapewni nam przetrwania – twierdzi Krzysztof Olszowy, właściciel hotelu Amadeus.

Podobnie uważa Axel Ziętarski, współwłaściciel hotelu Retro.

– Nasza załoga składa się z 20 osób. Teraz w hotelu jesteśmy tylko my, czyli współwłaściciele, oraz jedna pracownica, która przygotowuje zamówione telefonicznie posiłki. Świadczymy tę usługę od kilku dni i nie jesteśmy zbudowani liczbą zamówień, średnia wartość dziennych wpływów z tego tytułu to ok. 400 zł, jeśli tak niekorzystna sytuacja utrzyma się jeszcze przez dwa miesiące, być może zajrzy nam w oczy finansowa śmierć – ponuro prognozuje A. Ziętarski.

Kolejny problem to konieczność przystosowania restauracji do przygotowywania posiłków na wynos. To wymaga nie tylko czasu, ale i dodatkowych pieniędzy.

– Trzeba zakupić maszynę do pakowania próżniowego, zaopatrzyć się w jednorazowe pojemniki i wreszcie sprostać dodatkowym wymaganiom sanitarnym, które obowiązują przy świadczeniu cateringowych usług. Na dzień dobry musimy w tym celu wydać nawet kilkanaście tys. złotych, których zwyczajnie nie mamy w portfelach – przyznaje K. Olszowy.

 

Strach dla branży

Strach przed najbliższymi miesiącami jest wspólny dla całej branży. Spośród zielonogórskich hoteli i restauracji, barów czy punktów małej gastronomii prawdopodobnie przetrwają tylko te lokale, którym właściciele będą potrafili zapewnić płynność finansową – osiągniętą albo dzięki własnym zasobom kapitałowym, albo dzięki nowym umowom kredytowym. Hotelarze i restauratorzy nie chcą o tym mówić wprost, ale z ich wypowiedzi pośrednio wynika, że nie zgromadzili większych zapasów gotówki, swoje biznesy na ogół finansowali z bieżących wpływów. Nie mają zarazem większych szans na otrzymanie nowego kredytu. Ponadto niemal całkowity uwiąd branży odgrywa rolę dodatkowego straszaka, który już studzi kredytowy zapał banków. A tylko nowa pożyczka pozwoliłaby tym mniej zamożnym na wypłatę pensji pracownikom, na zapłacenie składek ZUS, podatków, comiesięcznych opłat za media. To spore sumy, w przypadku dużych hoteli sięgają nawet 130 tys. zł miesięcznie.

– Najbardziej boli brak jasnej wizji, co rząd zamierza uczynić dla takich jak my, którzy się nie mieszczą ani w kategorii „wielcy”, ani w kategorii „malutcy”. Wszystko na to wskazuje, że los tzw. średnich mało kogo będzie obchodził – bezradnie podsumowuje K. Olszowy.

 

Cień optymizmu

Tylko z jednego hotelu napłynął do nas komunikat okraszony cieniem optymizmu.

– Hotel Ruben każdego dnia oferował gościom 94 pokoje, które teraz stoją puste. Łatwo wyobrazić sobie skalę naszych obecnych ubytków finansowych. Ale nie poddajemy się. Nasza kuchnia przygotowuje posiłki na wynos. Zamówienia można składać poprzez numer telefoniczny hotelowej recepcji. A skoro nie ma gości, wzięliśmy się za różne porządki, które do tej pory przegrywały z tymi pilniejszymi. Nasza załoga wciąż ma sporo pracy – podkreśla Małgorzata Kobus, dyrektorka hotelu.

(pm)