Grechuta śpiewał: „ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”. Pod tym podpisze się każdy młody człowiek. Ale im człek starszy, tym chętniej wraca do przeszłości. Jest też grupa ludzi, dla których oglądanie się w przeszłość to sens życia lub życiowe hobby. Historycy zawodowi i amatorzy.

W naszym mieście właśnie się uaktywniają, bowiem zbliża się… no właśnie, co? Mówi się, że 800-lecie powstania Zielonej Góry. Dyskusja się rozkręca, więc nim rozgorzeje na dobre, wrzucę swój kamyczek do tego ogródka, pytając: co właściwie mamy obchodzić w 2022 roku? Dokumentów brak.

Najlepiej byłoby użyć ulubionego stwierdzenia XIX-wiecznych historyków, że początki Winnego Grodu „giną w pomroce dziejów”. Dlaczego zatem chcemy za rok obchodzić 800-lecie powstania Zielonej Góry? Uczciwie będzie powiedzieć: dlatego, że 100 lat temu Niemcy obchodzili 700-lecie miasta, bo tak uznał Johann Gottfried John, powołując się na „dawne kroniki i archiwa”, których na oczy nie widział. Data jest trochę legendarna – ale w tej sytuacji dobra – jak każda inna z tego przedziału czasowego. Choć nie znamy daty założenia osady, to znamy prawdopodobną datę uzyskania praw miejskich – rok 1323. Gdyby obchodzić i tę rocznicę, to w 2022 powinniśmy obchodzić 800- lecie powstania miasta, a rok później 700-lecie nadania praw miejskich.

Takie jubileusze lubią najbardziej dwie grupy – historycy i politycy. Historycy, bo jest okazja uszczknąć parę groszy na kilka konferencji naukowych i publikacji, a politycy, bo jest okazja do przecięcia kilku wstęg i pretekst do pokazania się w świetle jupiterów. Reszta nie ma nic przeciwko jubileuszom, bo to zawsze okazja do fety, kilku dobrych koncertów czy widowisk.

Dlatego już teraz zaczyna się licytacja pt. „Co należałoby zrobić na 800/700 lecie?” Dam sobie rękę obciąć, że w najbliższym czasie niejedna konferencja, niejeden artykuł i niejeden post na ten temat zostanie napisany. W ratuszu już wymyślono, jak pogodzić obie rocznice a prezydent zastanawia się nad składem „komitetu do spraw”, bo przecież bez takiego komitetu ani rusz.

Dwa lata temu, kiedy istniał taki twór jak „kieszonkowe radnych”, wraz z Pawłem Wysockim zasygnalizowaliśmy Januszowi Kubickiemu, że chcielibyśmy kieszonkowe za 2021 r. przeznaczyć na tłumaczenie historii miasta napisanej 100 lat temu przez Hugo Szmidta. Sęk w tym, że kieszonkowego nie ma i teraz się głowimy, jak pomysł sfinalizować. Jest jeszcze jeden szkopuł. Jak mi uświadomiła młoda asystentka z UZ: – Tłumaczenie Schmidta to trochę igranie z ogniem. Ponieważ książka była przez lata mało znana w Polsce, to wielu przepisywało z niej całe fragmenty bez powoływania się na źródło. Jest tajemnicą poliszynela na Uniwerku, iż to tłumaczenie może zachwiać kilkoma doktoratami, pracami magisterskimi a nawet habilitacjami – powiedziała z uśmiechem. Ale tego dnia miała imieniny i była w świetnym humorze, traktuję to więc jako żart. A ponieważ tam, skąd pani pochodzi mówią „dobry żart tynfa wart”, wspominam o tym na koniec dzisiejszego felietonu. To jednak nie koniec tematu. Wchodzimy bowiem w poważny jubileusz miasta, które przez większość swoich dziejów przynależało do Korony Czeskiej, co mało kto sobie uświadamia.

Andrzej Brachmański