Tylko dla WZG! Łukasz Mejza z izolatorium: “Cholera. Do tej pory, gdy słyszałem o koronawirusie w Polsce, widziałem odległy górniczy Śląsk, czy pensjonariuszy domów opieki społecznej. Lubuskie? Tu jest bezpiecznie, mamy tylko kilka przypadków. Ale, jak to w życiu bywa, jeden telefon wywrócił moje wyobrażenia do góry nogami…”

Sobota, 18:30

Jakie było moje zdziwienie, gdy jeden z moich znajomych zadzwonił do mnie i powiedział: “Stary… mam koronę!” I wcale nie chodziło mu o status świadka koronnego czy popularny  rekwizyt na bal przebierańców. Szok i niedowierzanie. Przecież miałem z nim kontakt w ostatnich dniach praktycznie codziennie!

Ale, że panika i emocje, to słabi doradcy, od razu podjąłem działania. I uwierzcie, nawet przez chwilę, nie martwiłem się o siebie ( w końcu nie z takich opresji się już w moim młodym życiu wychodziło). Miałem przed oczyma twarze wszystkich, z którymi się spotkałem w ostatnich dniach: polityków, partnerów biznesowych, rodziny, przyjaciół i wyborców, którzy, chociażby,  podchodzili i gratulowali podjęcia akcji w związku z lubuskimi bonami wsparcia dla przedsiębiorców. W trosce o ich bezpieczeństwo należało działać szybko.

Sobota, 19:30

Nie czekałem na telefon z Sanepidu. Zdecydowałem, że sam zgłoszę się na badania. Godzinkę po informacji o zachorowaniu mojego kolegi byłem już pod budynkiem oddziału zakaźnego Szpitala Wojewódzkiego w Zielonej Górze. W międzyczasie obdzwoniłem wszystkie osoby, z jakimi miałem kontakt w ostatnich dniach i zakomunikowałem krótko: „miałem styczność z chorym na COVID-19. Jadę właśnie na test. Dam znać po. Uważaj na siebie i swoich bliskich.”

Sobota 20:00

Robię test. W namiocie patyczek do nosa i gardła, krótka ankieta. Szybka akcja.

Sobota, ok. 22:00

Powiedziano mi, żeby spodziewać się telefonu za 2 godziny, ale ja należę do tych, co wolą działać. Sam zadzwoniłem na zakaźny. Usłyszałem: „O dobrze, że Pan dzwoni! Przed chwilą pojawił się wynik, jest dodatni.”

Sobota, ok. 22:15

Telefon z Sanepidu. Przedstawienie całej procedury i decyzja o tym, że ląduję w izolatorium. Miała przyjechać po mnie karetka, ale, gdy to usłyszałem, pierwszy obrazek jaki pojawił mi się w głowie, to trojaczki mojego serdecznego kumpla, Roberta Górskiego, który też jeździ karetką. Nie! Absolutnie nie chcę zabierać czyimś dzieciom ojca na kilka tygodni, bo być może zarażę jego podczas transportu. Po raz kolejny tego dnia postawiłam na swoim i przyjechałem własnym samochodem, w trosce o bezpieczeństwo innych. Zostawiłem go na parkingu przed izolatorium. Trochę się boję, czy mi go ktoś nie skubnie przez te 2 czy 4 tygodnie (ostatnio sporo kradzieży w Lubuskiem), ale to mniejsze zmartwienie niż to,  że kogoś zarażę. Bezpieczeństwo najważniejsze.

Niedziela, ok. 00:15

Dotarłem do słynnego akademika „Wcześniak”. Nigdy nie mieszkałem w akademikach, ale często, na studiach odwiedzałem przyjaciół, którzy tam kwaterowali. Zawsze dużo się tam działo: imprezy, gra na gitarce, śpiewanie, czasem (ekhm…) jakiś alkohol. Generalnie: same dobre emocje! Teraz? Cisza, reżim sanitarny, korytarze wyglądają jak w apokaliptycznym filmie i ta samotność… 2 tygodnie? A może nawet 4. Będzie ciężko…

 

Autor jest samorządowcem i przedsiębiorcą. Radnym Sejmiku Województwa, 

Przewodniczącym Klubu Bezpartyjni Samorządowcy.