Pensjonariusze DPS dla Kombatantów stopniowo wracają do domu. – Zaczynamy nową kartę – mówi Krzysztof Łoziński, zastępca dyrektora domu pomocy przy ul. Lubuskiej.

Mijający tydzień w zielonogórskim DPS rozpoczął się łzami wzruszenia. Kilkudziesięciu pensjonariuszy, którzy nie byli zakażeni koronawirusem albo już wyzdrowieli, wróciło do miejsca, które jest ich domem, a nierzadko całym światem. Przywitały ich brawa i domowe ciasto.

– W poniedziałek przywieziono grupę pensjonariuszy z Torzymia, we wtorek z Żagania – informuje Krzysztof Łoziński, nowy zastępca dyrektora DPS dla Kombatantów.

Przypomnijmy: w związku z dużym ogniskiem koronawirusa w DPS oraz brakiem personelu z powodu zachorowań i nałożonej kwarantanny, wszystkich pensjonariuszy wywieziono do szpitali w Gorzowie Wlkp., Torzymiu, Drezdenku, Żaganiu. Ewakuacja trwała od 4 do 7 października. W kolejnych dniach pensjonariuszy, którzy wyzdrowieli, przewieziono z Gorzowa do Torzymia, a większość zielonogórskich pacjentów z Drezdenka rozlokowano w trzech lubuskich zakładach opiekuńczo-leczniczych. W alokacji pomagali żołnierze WOT ze Skwierzyny.

Powrót części mieszkańców do Zielonej Góry łączył się z wielką mobilizacją personelu. Po dekontaminacji DPS, w kilka dni na oddziale A powstało izolatorium dla osób z podejrzeniem infekcji i potwierdzonym COVID-19, oddzielone od pozostałych części obiektu. Postawiono tu śluzę dekontaminacyjną (druga stanie przy wejściu do pozostałych bloków), w każdej szafce, dyżurce czy pokoju socjalnym powieszono lampy UV, a personel wyposażono w kombinezony, płyny dezynfekcyjne, maseczki, rękawiczki na najbliższe tygodnie.

– Wszyscy mamy z tyłu głowy to, co się wydarzyło i nie chcemy popełnić żadnego błędu. Dmuchamy na zimne. Przeszkoliliśmy personel pod względem sanitarnym. Będziemy nawet ozonować przychodzącą pocztę. Ale jest wiele rzeczy niezależnych od nas, trwa epidemia, a my pracujemy z osobami z najwyższej grupy ryzyka. Dlatego, gdyby COVID-19 do domu powrócił, chcemy mieć poczucie, że zrobiliśmy możliwie dużo dla bezpieczeństwa mieszkańców. Mieliśmy spore obawy, kto z personelu zgodzi się pracować z podopiecznymi zarażonymi koronowirusem, jak się okazało niepotrzebne, bo wszyscy zgłosili się sami! To ludzie oddani tej pracy i tym podopiecznym – mówi Łoziński.

Do pracy w izolatorium wydzielony został zespół pracowników, który nie będzie się stykał z pozostałymi mieszkańcami domu. Po przebytym stresie personel musi im też poświęcić więcej czasu. Jednak nie wszyscy pracownicy wrócili już do pracy – część nadal pozostaje na kwarantannie albo na L-4 z powodu COVID-19. Brakuje np. pielęgniarek. Kadrę uzupełniono osobami zatrudnionymi przez MOPS, ratownikami i personelem MOSiR-u, poszukiwani są też nowi pracownicy.

– Doba jest dla nas za krótka – mówi dyrektor placówki. Upadł na razie plan przekazywania bieżących informacji na stronie internetowej, a z DPS-em na razie lepiej kontaktować się mailowo, koniecznie podając w wiadomości numer swojego telefonu. Oddzwonią w wolnej chwili.

– Wciąż jesteśmy w kryzysie. Chronimy tych, którzy już są z nami i z niepokojem czekamy na pozostałych – mówi dyrektor, bo w lubuskich szpitalach wciąż leżą chorzy pensjonariusze. – Potrzebujemy spokoju. Odcinam to, co było i otwieramy nową kartę – dodaje.

(el) - łz

przeczytaj także:

Pięć dni i pięć nocy. Byłem w Domu Pomocy Społecznej [REPORTAŻ]