Zmarł Andrzej Toczewski, były dyrektor zielonogórskiego muzeum. Rządził placówką przez 17 lat. Chcąc powiększyć ekspozycję, rozkopał i pogłębił stare piwnice. Wprowadzili się tam kaci i winiarze. Nie doczekał końca rozbudowy muzeum, którą zaplanował i przez wiele lat usiłował zrealizować.

– To groźne miejsce. Wie pan, kto tutaj urzędował? – wypytywał mnie z marsową miną podczas naszego pierwszego spotkania, ćwierć wieku temu. – Tuż po wojnie w gmachu muzeum swoją siedzibę miało radzieckie NKWD. Zaraz zaczniemy przesłuchanie.

Wtedy do przesłuchania nie doszło. Okazja nadarzyła się dekadę później. Podczas otwierania Muzeum Tortur w podziemiach budynku. Przez piwniczne okna można było zobaczyć tajemniczych robotników. Tak to opisywałem:

„Wysłany na rekonesans przez redakcję, podczas zakradania się lochami zostałem złapany przez siepaczy Toczewskiego.

– Chciałeś podglądać? To poczujesz! – usłyszałem. Dwóch drabów w kapturach chwyciło mnie pod ramiona. Z dalszą podróżą nie musiałem się męczyć. Zanieśli mnie przed oblicze sądu i donieśli, że chciałem wynieść eksponaty.

– A pamiętasz nieuzasadnioną krytykę naszych poczynań? – kat-dyrektor Toczewski wyrósł jak spod ziemi. – Przyznasz się do wszystkiego. Zapraszam do zwiedzania naszej pracowni. Chłopaki brać go!

Byłem chyba pierwszą osobą, na której przetestowali swoje urządzenia. Brr… Nawet rękę chcieli obciąć.”

Fot. Czesław Łuniewicz
Andrzej Toczewski (1947-2020). Portret zrobiony w latach 80.

Zamykał mnie w różnych urządzeniach pełnych kolców i na niby wypróbowywał na mnie inne narzędzia tortur. To wszystko zostało uwiecznione na zdjęciach.

Muzeum Tortur było jednym z jego pomysłów na przyciągnięcie gości. Oparł je na kilku cennych, autentycznych eksponatach (kamienie hańby, czy przechowywany w muzeum ekstrakt z przesłuchań czarownic). Do tego dołożył współczesne repliki narzędzi tortur i powstała ekspozycja.

Otworzył placówkę na różne wydarzenia i różne środowiska. Dzięki temu muzeum tętni teraz życiem i jest miejscem spotkań. Odbywa się tutaj wiele imprez mających niewiele wspólnego z kostycznie rozumianym muzealnictwem: promocje książek, pokazy, występy artystyczne, prelekcje… Zawsze coś się dzieje.

Miał wspaniały, radiowy głos. Lubił przemawiać, opowiadać anegdoty oraz niestworzone historie i patrzeć jak się na to reaguje. Trzeba było uważać, by nie dać się nabrać. Kiedy pięć lat temu odchodził na emeryturę, współpracownicy podarowali mu karykaturę przedstawiającą go w tropikalnym hełmie.

– Zawsze chciałem być właścicielem wielbłąda. I kupiłem go sobie – z poważną miną opowiadał wtedy Toczewski. Powieka ani mu drgnęła. – Kiedy byliśmy w Tunezji, pojechaliśmy na wielki targ wielbłądów pod Tunisem. Poszedłem do handlarza i dalej się z nim targować! W końcu kupiłem wielbłąda za 100 dolarów. Nazwałem go Luluś. Parszywa to była chabeta. Biorę go na sznurek i maszerujemy. Za nami idzie żona, krzycząc, że jestem idiotą. I tak obeszliśmy targ dookoła. Po godzinie wracam do handlarza i mówię, że mi się Luluś nie podoba. Nie chciał go z powrotem. W końcu go zabrał za… 20 dolarów. Byłem stratny, ale przez godzinę byłem właścicielem wielbłąda.

Rys. Igor Myszkiewicz
Karykatura z wielbłądem w tle

Przed laty pracował na WSP i w Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskiej. Pisał książki o II wojnie światowej. Zgromadził w domu duże archiwum. Tam pracował. Żeby jednak mieć oko na świat, tuż obok domu postawił sobie piętrową, wystającą ponad otoczenie altanę.

– Tomasz, zobacz, jaki stąd piękny widok na okolicę – pokazywał, gdy kiedyś w jego „gnieździe” rozmawialiśmy o Zielonej Górze.

Toczewski, rocznik 1947. Lubił opowiadać o swojej ul. Jedności Robotniczej. To na nią, po Powstaniu Warszawskim, trafiła jego matka. Mieszkali nieopodal „wódek”. – Pod numerem 75. Na podwórku była wytwórnia marmolady. Co jakiś czas przyjeżdżali do niej Cyganie i naprawiali kotły. To byli niesamowici fachowcy. Pod numerem 36 swój zakład wędliniarski miał Dudka, a naprzeciwko, w zburzonych teraz domach, mieszkał pan Grocholski – opowiadał Toczewski. – Znało go pół miasta. Był potężnej tuszy i jeździł po Zielonej Górze konnym zaprzęgiem, m.in. rozwożąc węgiel.

Toczewscy mieli dwupokojowe mieszkanie. Kiedy w 1950 r. powołano województwo zielonogórskie, władze odebrały im jeden pokój i zamurowały do niego drzwi. Trzeba było zrobić miejsce dla pracowników wojewódzkiej administracji. Rodzina przeniosła się do Nowej Soli, później wróciła do Zielonej Góry.

Pracował na uczelni, w Lubuskim Towarzystwie Naukowym i urzędzie wojewódzkim.

W 1998 r. został dziesiątym szefem muzeum w historii tej placówki. – Każdy dyrektor odciska na muzeum swoje indywidualne piętno. Ja chciałem stworzyć tutaj muzeum tożsamości i temu były podporządkowane moje działania – podsumował swoje dyrektorowanie A. Toczewski i zaraz żartował: – A ponieważ nie było już miejsca na wystawy, zszedłem do podziemia.

Rys. Jerzy Fedro
Podobizna A. Toczewskiego na obrazie z cyklu winiarskiego. Tutaj wcielił się w postać Augusta Gremplera, właściciela winnicy na Winnym Wzgórzu.

To on zaadaptował piwnice na Muzeum Tortur (2006 r.) i Muzeum Wina (2007 r.).

To było niesamowite przedsięwzięcie. Pierwotnie piwnice były bardzo niskie. Trzeba było wkopać się w ziemię i usunąć ił. Okazało się, że stare ściany nośne dzielą piwnice na zbyt małe pomieszczenia.

– Mówię: rozbierajcie to. A inżynierowie, że nie można, bo sufit się na tym opiera. To mówię: rozbierajcie sufit – śmiał się Toczewski.

Ten sufit to zarazem podłoga największej sali na parterze – sali witrażowej. Robotnicy rozbili ją. W środku gmachu powstał wielki lej. – Gdy ludzie patrzyli na to i pytali, co robię, odpowiadałem, że buduję kaplicę – żartował Toczewski. Po mieście rozeszła się plotka, że szuka złota.

Kiedy na koniec kadencji pytałem go, co dalej, odpowiedział: – Wykupiłem sobie miejsce na cmentarzu…

Chorował. Ostatni raz rozmawialiśmy przez telefon w sierpniu zeszłego roku, gdy dopominał się o obiecany tekst do „Studiów Zielonogórskich”. Od początku był jego szefem. To wydawnictwo poświęcone Zielonej Górze i jego mieszkańcom. Niedawno ukazał się jego 25 tom.

Porażki? – Nie udało mi się rozbudować muzeum. Mamy gotowy projekt. To zadanie dla mojego następcy – mówił pięć lat temu. Jego następca i wieloletni zastępca, Leszek Kania właśnie kończy rozbudowę muzeum. Otwarcie za kilka miesięcy. Andrzej Toczewski tego już nie doczekał, zmarł w zeszły piątek…

Tomasz Czyżniewski
codziennie nowe opowieści i zdjęcia
Fb.com/czyzniewski.tomasz