Dlaczego komentuje na stojąco? Kto zarzucił mu, że opowiada „banialuki”? Komu przyniósł szczęście? Za Maciejem Noskowiczem pierwszy sezon w roli komentatora nSport+. Przed kolejnym sezonem żużlowych spotkań napisał książkę „20 lat lubuskiej koszykówki”.

– Skąd pomysł na taką publikację?

– Z pomysłem wyszedł prezes Lubuskiego Związku Koszykówki Grzegorz Potęga. Ja miałem już wcześniej doświadczenie z tym związane, kilka lat temu napisałem książkę o zielonogórskich koszykarzach „Droga do złota”. Było to olbrzymie wyzwanie, zwłaszcza czasowe.

– Ile czasu powstawała najnowsza książka?

– Nie chcę, aby ktoś poczuł, że było to robione na szybko, dlatego nie powiem ile, ale naprawdę w ekspresowym tempie. Koszykówka to nie tylko Zielona Góra, również Gorzów, Żary. Chciałem tego dotknąć, poznać od kulis, od kuchni. Chyba to zawsze jest najbardziej interesujące. Gdy już mecze się zakończą, zaczynają się analizy.

– Czy to najlepszy czas dla koszykówki w regionie?

– Zdecydowanie tak. Mistrzostwa Stelmetu, medale gorzowskich koszykarek, sukcesy w Żarach w pracy z młodzieżą. Myślę, że jak na tak małe województwo zrobiliśmy – jako całe środowisko – kawał dobrej roboty.

 – Pisanie książki to dla ciebie przygoda?

– Ja jestem przede wszystkim dziennikarzem. Bardzo lubię czytać rozmowy. Wywiady mnie fascynują. W nich odkrywa się najwięcej. Może już ta formuła nie jest tak doceniania, ale ja tą drogą poszedłem. Mam nadzieję, że każdy znajdzie coś dla siebie. Rozmowa z Dariuszem Maciejewskim, trenerem gorzowskich koszykarek jest kapitalną historią. Dzisiejsza perspektywa Łukasza Koszarka oraz Przemka Zamojskiego na pierwsze trofea, to również bardzo ciekawe opinie. Dziennikarsko fascynuje mnie to, że można na pewne rzeczy, wydarzenia spojrzeć przekrojowo, z pewnej już perspektywy.

– W książce nie piszesz tylko o sukcesach seniorów, schodzisz też najniżej jak się da. Do nauki koszykówki.

– Na tym to wszystko polega. Robert Lewandowski, który został ostatnio sportowcem roku w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” też mówił o tym, jak ważna jest rola sportu wśród najmłodszych. Począwszy od rodziców, którzy zawożą na treningi, a skończywszy na pasji. Jak jej nie będzie, to nie będzie wielkich sukcesów, nie będzie „Koszarków”. To musi być zaszczepione za młodu. Chciałem pokazać nie tylko koszykówkę, która jest na końcu tego łańcucha, ale również ten basket na początku. Owszem, że nie jest łatwo, zwłaszcza dzisiaj.

– Wychodzi na to, że siłą są tutaj ludzie.

– Zdecydowanie. Na przykład Bogusław Onufrowicz to jest człowiek, przez którego ręce przeszedł chyba każdy trenujący koszykówkę w Zielonej Górze. Mowa tu o tych, którzy zrobili kariery, jak np. Paweł Szcześniak, Jarek Kalinowski czy Filip Matczak, ale i o tych, którzy tą koszykówką zajmowali się przez krótszą lub dłuższą chwilę. Onufrowicz o koszykówce wie wszystko i sam mógłby o niej książki pisać. Doceńmy takich ludzi. Oni zasiewają ziarno, choć potem plony często zbierają inni.

– Ciekawy jest u nas podział. Północ to przede wszystkim żeński basket, na południu mówi się głównie o męskim graniu.

– Pamiętam, jak Dariusz Maciejewski przyjeżdżał z gorzowskimi koszykarkami na pierwsze mecze zielonogórzan w europejskich pucharach. Zawsze wyczuwałem, jak jedni drugim kibicują i dobrze się o sobie wypowiadają. Jest podział, ale on przynosi więcej dobrego niż złego.

 – Odnalazłbyś się w komentowaniu koszykówki w telewizji?

– Chciałbym na pewno spróbować. Kiedyś były takie próby w jednej z lokalnych telewizji zielonogórskich. Byłoby to wyzwanie. Może to jeszcze przede mną.

 – Za tobą pierwszy sezon w roli żużlowego komentatora na ogólnopolskiej antenie telewizyjnej. Jakie wspomnienia?

– Kapitalne. Zawsze chciałem to robić. Prywatnie żużel u mnie zawsze rywalizował z koszykówką o miano numeru jeden. Żużel to emocje, które telewizja rewelacyjnie pokazuje. Jeżeli mogę o tym opowiedzieć, to dla mnie supersprawa. Na początku było mnóstwo stresu i nieprzespanych nocy. Skończyło się na prawie 40 skomentowanych imprezach. Sezon był niezwykle trudny. Czułem, że firma jest „za mną”, ale jednocześnie nikt się nie pieścił. Zawodowo bardzo mi to pasowało. Tak to powinno wyglądać.

 – Spełnienie marzeń to skomentowanie także dwóch rund Grand Prix?

– Tak, na pewno. Udało się skomentować dwie rundy w Gorzowie. Jedną z nich wygrał Bartek Zmarzlik. To już był ten Zmarzlik, który łapał mistrzowską formę. Tam jest więcej biegów, a pod indywidualne zawody trochę trzeba się inaczej szykować. Miałem sygnały – powiem nieskromnie – że nie było tak źle. Sezon był udany.

 – Ile czasu poświęcasz na przygotowanie do transmisji?

– Nie odpowiem konkretnie, bo ja pracuję dość chaotycznie. Dużo rzeczy robię w biegu. Jeżeli coś mi gdzieś wpadnie, to ja sobie zapisuję takiego newsa. Potem do niego wracam. Staram się żyć tymi wydarzeniami cały czas. Nawet przed zaśnięciem myślę sobie czasami, jak mogę otworzyć mecz.

– Jaka była największa wtopa?

– Tai Woffinden był raz nazwany Australijczykiem, a nie Brytyjczykiem. Poza tym chyba większych nie było. Chyba, że ty mi coś zaraz wytkniesz?!

 – Nie, absolutnie! Ludzie jednak oceniają.

– Ludzie mają prawo do ocen. Były oceny krytyczne. Ja miałem najwięcej obaw o Falubaz. Skomentowałem cztery mecze zielonogórzan, wszystkie na wyjeździe, ale z nich zespół wychodził obronną ręką (wygrana w Rybniku i Grudziądzu, remis we Wrocławiu i porażka dająca awans do play-off w Lublinie – dop. mk). Ja jednak Falubaz traktowałem tak, jak każdy inny klub. Nie miałem żadnego układu z centralą, choć niektórzy pisali, że przynoszę tej drużynie szczęście (śmiech).

 – Ludzie pisali. A żużlowcy? Wypominali jakieś zdania, które padały w transmisjach?

– Żużlowcy pozytywnie. Krytycznie wypowiedział się raz Marek Cieślak, po meczu w Grudziądzu. Pół żartem, pół serio, w swoim stylu powiedział: co pan tam za bajki opowiadasz? Poprosiłem o konkret, to odparł, że jakieś banialuki opowiadam w telewizji. Nic więcej się nie dowiedziałem. Po miesiącu czasu spotkałem go w Gorzowie na Grand Prix i wtedy powiedział, że teraz już jest dobrze. Może został poczyniony jakiś postęp. Trener lubi oceniać i ma do tego pełne prawo.

 – A jak ty oceniasz sportowe szanse Falubazu w sezonie 2021?

– Rok temu mówiłem, że nie będzie tak źle, jak wszyscy wróżyli i chyba się nie pomyliłem. Zielonogórzanie byli w czubie tabeli, powinni mieć też medal i mielibyśmy satysfakcję, a tak jest niedosyt. W tym roku mam obawy, nie ukrywam ich, bo jest za dużo niewiadomych, a za mało pewników, o ile w tym sporcie można o takich mówić. Falubaz określany jest jako ambitna drużyna, która ma coś do udowodnienia. Często historia rozmaitych rozgrywek pokazywała, że jak się sięga po takie argumenty to znak, że brakuje tych merytorycznych.

Nie odmawiam jednak zielonogórskiej ekipie tego, że nie wystrzeli. Wcale nie musi to być jazda w dolnych rejonach tabeli i walka o uniknięcie spadku. Wcale tak być nie musi, co nie oznacza, że te obawy nie są uzasadnione. Brak Martina Vaculika sprawia, że siła rażenia będzie mniejsza.

 – Kto wygląda najmocniej?

– Właśnie Stal Gorzów, do której odszedł Vaculik. Tam jest Słowak i mistrz Zmarzlik. Myślę sobie jeszcze, że odkryciem może być ten młody Duńczyk Birkemose. Jeśli to wszystko im wypali, Stal zdetronizuje Unię Leszno.

 – Ostatnie pytanie… komentujesz na siedząco, czy na stojąco?

– Zawsze na stojąco! Nie da się na siedząco. Ciekawe pytanie, ale ja też jeżdżę z żużlowcami, choć brzmi to może banalnie, a nawet głupio (śmiech). Ja chcę w tę minutę jak najmocniej wejść. Żużel to piętnaście bardzo krótkich 60-sekundowych wydarzeń i wtedy trzeba dać odbiorcy jak najwięcej. Jeśli zawodnicy się stresują, podjeżdżając pod taśmę, to ja razem z nimi.

 – Dziękuję.

Marcin Krzywicki/ŁZ

Dwie dekady na papierze

Jak rodziło się pierwsze mistrzostwo zielonogórskich koszykarzy? Jak z perspektywy czasu spoglądają na nie jego twórcy? Tych i wiele innych wspomnień przywołuje książka „20 lat lubuskiej koszykówki”.

Maciej Noskowicz napisał ją we współpracy z prezesem Lubuskiego Związku Koszykówki, Grzegorzem Potęgą. Czytelników czeka m.in. wyprawa na północ województwa i opowieść o budowie siły żeńskiego basketu w Gorzowie. Książka ma też osobną część poświęconą 15-leciu żarskiej koszykówki i pracy tamtejszych pasjonatów z młodzieżą, która poskutkowała medalami mistrzostw Polski.

Publikacja jest do nabycia w Sklepie Kibica Zastal w Zielonej Górze przy ul. Szosa Kisielińska 22A. Cena: 35zł. Możliwa jest też sprzedaż wysyłkowa: Lubuski Związek Koszykówki. Konto: 79 1090 1535 0000 0000 5302 3851. Wpłata 35zł + 10zł wysyłka oraz potwierdzenie wpłaty i adres wysyłki na mail: biuro@lubuskikosz.pl

Książkę można też wygrać u nas! Otrzymają ja trzy pierwsze osoby, które prawidłowo odpowiedzą na pytanie: Ile w sumie medali Mistrzostw Polski w koszykarskiej ekstraklasie wywalczyli zielonogórzanie?

Należy zadzwonić w poniedziałek, 18 stycznia, w godz. 12.00-13.00, do redakcji sportowej „Łącznika Zielonogórskiego”, pod nr tel. 785 539 625.

(mk)ŁZ