– Mówią, że jestem urodzonym podróżnikiem. – mówi prof. UZ Wiesław Hładkiewicz, historyk, który obchodzi jubileusz 45-lecia pracy naukowej. – Po studiach chciałem być dziennikarzem, drugim Kapuścińskim. Nie wyszło. Poświęciłem się nauce. Na stare lata wróciły podróżnicze pasje.

– Pamięta pan jeszcze początek pracy?

– Doskonale wszystko pamiętam. W 1974 r., czyli dokładnie 45 lat temu szukałem pracy. Byłem absolwentem historii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, wydziału historyczno-filozoficznego. Z prośbą o pomoc w znalezieniu zajęcia, zwróciłem się do prof. Hieronima Szczegóły, ówczesnego rektora Wyższej Szkoły Pedagogicznej. Nie miał dla mnie etatu w instytucie historii. Zaproponował jednak pracę w instytucie filozofii. I uczyłem studentów filozofii, sam przy okazji pogłębiałem wiedzę z tej dyscypliny naukowej. Potem wykładałem też w instytucie socjologii. Dopiero w latach 90. przeniosłem się do nowo utworzonego instytutu politologii. Miałem już wówczas doświadczenie prodziekana wydziału nauk humanistycznych ds. studenckich, którym zostałem w wieku 30 lat! Do dzisiaj nie wiem, jak mi się to udało po zaledwie pięciu latach pracy na uczelni.

–  Miał pan też przygodę z dziennikarstwem?

– Z Andrzejem Buckiem, obecnym dyrektorem biblioteki Norwida, stworzyliśmy pismo Faktor. Pisali do niego m.in. Czesław Markiewicz, Eugeniusz Kurzawa, prof. Ryszard Zaradny, z którym później współpracowaliśmy w instytucie politologii. Za kadencji prof. Zaradnego (był dyrektorem instytutu politologii – red.) spotkał mnie największy zaszczyt w karierze naukowej. Prezydent Andrzej Duda wręczył mi i prof. Andrzejowi Małkiewiczowi nominację profesora „belwederskiego”.  Co prawda, profesorem chciał mnie uczynić prezydent Bronisław Komorowski, na trzy przed odejściem z urzędu. Nie zdążył nas jednak uhonorować. Przyjechaliśmy do nowego prezydenta.

– Co pan poczytuje sobie za największy sukces?

– Profesura prezydencka to mój szczególny sukces, ale nie największy. Moim największym osiągnieciem jest życie rodzinne, chylę czoło przed moją żyjącą mamą, która ma 90 lat. Ojciec odszedł nagle na zawał serca – 25 lat temu. Miał 69 lat, tyle ile ja teraz. W tym roku w wieku 66 lat odeszła siostra. Jubileusz poświęcę ojcu i siostrze. Bardzo się cieszę, że mam wnuczkę Karolinkę. Mam też syna Pawła, który założył firmę komputerową i nigdy nie ma czasu.

– Ale czasem dzwoni?

– Czasem tak, ale częściej to ja dzwonię (śmiech). Mam nadzieję jednak, że Paweł z żoną Asią przybędą na moją uroczystość.

– A z której pracy naukowej jest profesor zadowolony?

– Mam dwie książki, którymi mogę się chwalić. Przez kilka miesięcy pracowałem w Londynie nad książką o polskiej migracji niepodległościowej w latach 1945-1972. To dzieło uważam za cenne, bo jest cytowane często w polskiej i zagranicznej literaturze. Książka, która mi szczególnie leży na sercu, to historia kolonii niemieckich w Afryce. Pokochałem ten kontynent. Niedawno wróciłem z Gambii, Gwinei i Senegalu. Rok temu byłem na Zanzibarze.  Wszyscy się dziwią, dlaczego nie Ameryka Południowa i Azja. W 2020 r. też się wybieram na Czarny Ląd.

– Podróże to największa pasja?

– Mówią, że jestem urodzonym podróżnikiem. Po studiach chciałem być dziennikarzem, drugim Kapuścińskim. Nie wyszło. Poświęciłem się nauce. Na stare lata wróciły podróżnicze pasje.

– To może jakąś podróżniczą książkę pan napisze?

– Planuję napisać eseje, impresje z podróży po krajach afrykańskich, które odwiedziłem. Dla przykładu byłem w Libii przed upadkiem Kadafiego. Pojechałem z Trypolisu do Sabraty, ruin pięknego amfiteatru rzymskiego. W Maroku widziałem drugie miasto rzymskie Volubilis. Książka jest gotowa. Szukam wydawcy. Nie wykluczam, że wydam ją własnym sumptem. To nie taki problem jak kiedyś.

– Co się jeszcze panu marzy?

– Chciałbym napisać książkę o koloniach niemieckich w Afryce, pokazać je od strony życia codziennego, dramat kolonializmu, jego złe strony. Obecnie potomkowie plemion w Tanzanii domagają się odszkodowań od niemieckiego rządu. Plemiona z Afryki południowo-zachodniej też chcą zadośćuczynienia za krzywdy moralne i materialne. Poskarżyli się nawet w trybunale w Nowym Yorku. Chiny, które też odwiedziłem, budują w Afryce szkoły, przedszkola, autostrady, szpitale. W zamian otrzymują surowce.

– Dziękuję

Rafał Krzymiński