Place zabaw potraktowane ozonem, każdy centymetr sal wypucowany środkami dezynfekcyjnymi. Ufff… – Uchylamy drzwi do żłobków i przedszkoli – mówi Jarosław Skorulski, szef miejskiej oświaty. W środę, po prawie dwóch miesiącach przerwy, wróciło do nich 866 dzieci.

To tylko 16 procent maluchów, które przed 12 marca uczęszczały do zielonogórskich placówek. 4.650 dzieci nadal pozostaje w domach, już bez zajęć zdalnych, które wcześniej organizowały nauczycielki. Teraz nie wykonają podwójnej pracy. Od środy funkcjonują wszystkie miejskie żłobki i przedszkola. – Co do jednego – potwierdza Jarosław Skorulski, naczelnik Wydziału Oświaty i Spraw Społecznych. Wyjątek stanowią trzy oddziały zerowe w szkołach, do których na razie nie zgłoszono ani jednego dziecka.

O możliwości otwierania żłobków i przedszkoli od 6 maja, rząd poinformował tydzień wcześniej, tuż przed majówką, pozostawiając samorządom twardy orzech do zgryzienia: otworzyć, nie otworzyć? I trzy dni robocze na decyzję oraz przygotowania. Bo wytyczne Inspekcji Sanitarnej z 4 maja, podyktowane względami bezpieczeństwa, dolały oliwy do ognia, sprawiając że otwarcie placówek w czasie epidemii stało się poważnym przedsięwzięciem logistycznym. Dezynfekcja dosłownie każdego kąta w obiektach i na placach zabaw, stolików, krzeseł, sztućców, zabawek, chowanie kredek, pluszaków i poduszek, a nawet usuwanie dywanów, ustalanie nowych procedur, organizowanie wewnętrznych izolatoriów, zbieranie zgłoszeń od rodziców, wyposażanie placówek w płyny dezynfekcyjne, maseczki, rękawiczki – to tylko część wyzwań, które stanęły przed placówkami… lub nadal stoją, jeśli organy, którym podlegają, decyzji o otwarciu jeszcze nie podjęły.

– Koniec. Kropka, wracamy do sytuacji sprzed pandemii.(…) Chcemy otworzyć nasze żłobki i przedszkola. To jest możliwość, a nie obowiązek. Namawiam, by dzieci zostały w domu – prezydent Janusz Kubicki decyzję w sprawie „odmrażania” placówek oświaty podjął 30 kwietnia i słowa te szybko obiegły Zieloną Górę. Miasto jako jedno z pierwszych w Polsce „uchyliło drzwi” żłobków i przedszkoli. W każdej chwili – jak zapowiedział magistrat – te drzwi znów mogą zostać zamknięte, gdyby w rejonie poważnie wzrosła liczba zakażeń. Od wielu tygodni liczba zachorowań na COVID 19 w Lubuskiem jest najmniejsza w kraju. Od 4 marca do 6 maja na ponad 1 milion Lubuszan zachorowało 90. To najistotniejszy argument przemawiający za zielonogórską próbą powrotu do tzw. „nowej normalności”.

Jest jeszcze jeden: – Skoro epidemiolodzy przekonują nas, że epidemia może trwać nawet dwa lata, to oznacza, że musimy nauczyć się z nią żyć, zachowując wszelkie środki ostrożności – powiedział w Radiu Index Jarosław Skorulski i dodał: – Decyzja o otwarciu placówek była konsultowana z dyrektorem Departamentu Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego, sanepidem i podczas telekonferencji z dyrektorami żłobków i przedszkoli. Nie była łatwa.

W środę do miejskich placówek wróciło 866 dzieci, wszystkie, które zostały zgłoszone przez pracujących rodziców. Wracają oni do pracy, m.in. w zielonogórskich lecznicach, służbach mundurowych, gospodarce. Tylko w jednym przedszkolu nie przyjęto kilkunastu dzieci niepracujących rodziców – informują w magistracie.

Zgodnie z wytycznymi Inspekcji Sanitarnej w jednej grupie przedszkolnej może być najwyżej 12 maluchów, w uzasadnionych przypadkach 14. W miejskich placówkach są jeszcze małe „luzy”. Do niektórych grup zapisano ośmioro, dziewięcioro dzieci – Można je jeszcze uzupełnić – mówi szef zielonogórskiej oświaty.

A co dalej? Dziś wszystko jest możliwe: ponowne zamknięcie placówek ze względów epidemicznych albo stopniowy powrót do nich pozostałych dzieci, jeśli zielonogórskie rozwiązanie się sprawdzi, a ludzie poczują się bezpiecznie. Czas pokaże.

Na razie, w przededniu otwarcia do żłobków i przedszkoli dotarł płyn dezynfekcyjny od wojewody, miasto dostarczyło fartuchy i płyny dezynfekcyjne do izolatoriów, płyny do mycia rąk i odkażania pomieszczeń, a nauczycielkom 800 przyłbic.

– Po zakończeniu pracy każdy obiekt jest ozonowany, wszystkie pomieszczenia, dlatego mogliśmy zostawić w nich dywany. Pluszaki i poduchy musieliśmy jednak usunąć. Place zabaw też są dezynfekowane, usługę wykonuje firma wynajęta przez ZGK. Posiłki na salę przynosi dzieciom pomoc wychowawcy – relacjonuje J. Skorulski.

Zalecenia sanitarne są surowe, m.in. nie mogą stykać się ze sobą dzieci z różnych grup, jest zakaz wnoszenia domowych zabawek, wyznaczono 4 mkw. sali dla jednego malucha… – Wielu zaleceń nie da się przestrzegać na sto procent – skomentował prezydent Kubicki na swoim fanpage’u i poprosił rodziców o wyrozumiałość dla przedszkolanek.

Bo one teraz dla swych podopiecznych robią wszystko, co w ich mocy. I pierwszy raz w życiu po nowemu.

Renata Rogacewicz, dyrektor przedszkola nr 34 przy ul. Boh. Westerplatte:

– Rodzice wykazali się wielką odpowiedzialnością, jesteśmy z nimi w stałym kontakcie. Kto pracuje zdalnie albo dysponuje wolnymi dniami, postanowił je wykorzystać. Dlatego dzieci w środę mieliśmy tylko czworo – na 153. Przygotowujemy się jednak do przyjęcia większej liczby od poniedziałku, bo mamy takie deklaracje. Zrobiliśmy wszystko, żeby do przedszkola nie prześliznęła się nawet mysz. Choć jesteśmy dobrze wyposażeni w sprzęt, środki ochrony, procedury, te ostatnie wciąż doskonalimy. Jesteśmy więc wdzięczni rodzicom, że w nową rzeczywistość pozwalają nam wchodzić drobnymi kroczkami. Gdy dzieci przyjdzie więcej, my będziemy bogatsze w doświadczenie, a procedury wejdą nam w krew. W środę był lekki smuteczek, ale panie, które nawet nie mogły przytulić dzieci, przygotowały dla nich małe niespodzianki. Mamy też były bardzo przejęte. W tej chwili na materacach, które możemy dezynfekować, dzieci budują olbrzymi dom i taras z klocków. Zachowują więc odstęp, a przy tym świetnie się bawią. Bardzo szybko się zaadoptowały.

Monika Świątkowska – dyrektor przedszkola nr 19 (ZE nr 10) przy ul. Energetyków:

– Na 206 dzieci do przedszkola rodzice zapisali 27. Jednak w środę było ich 14, a dziś tylko 13. Większej gromadki spodziewam się od poniedziałku. Teraz działają u nas trzy oddziały, z sześcioma nauczycielami, po dwóch na grupę. Wielu nauczycieli jest na zasiłkach opiekuńczych, mają małe dzieci. Rodzice otrzymali od nas informacje o procedurach, m.in. co powinni powiedzieć dziecku, jak wyjaśnić sytuację i jak przygotować do pierwszego dnia pobytu. To bardzo, ale to bardzo pomogło. My też tłumaczymy dzieciom, dlaczego nie mogą przynieść do przedszkola swojej ulubionej zabawki, a mama prowadzi je tylko do drzwi, a nie na salę, dlaczego nie czekały na nie ulubione pluszaki, kolega i „ich pani”, a ta która jest ma na głowie coś plastikowego. W przedszkolu zrobiliśmy dwie strefy bezpieczeństwa, w drugiej dziecko zatrzymuje się z rodzicem i jest przekazywane pomocy nauczyciela, która prowadzi je do szatni, rozbiera, przekazuje do grupy. Wczoraj byłam pod wrażeniem, bo rodzice byli naprawdę bardzo zdyscyplinowani.

(el)-ŁZ