Dzisiaj (24.10) odbył się symboliczny pogrzeb branży gastronomicznej. – Po kolejnym zamknięciu lokali przez rząd już się nie podźwigniemy – grzmieli właściciele zielonogórskich lokali zamykając wieko prawdziwej trumny.

W środku trumny znalazły się biało-czarne fotografie z ulubionych lokali zielonogórzan. To w nich umawiali się na pierwsze randki, zawiązywali przyjaźnie i żegnali najbliższych. W klimatycznych knajpkach na deptaku niejeden ojciec cieszył się z narodzin syna, niejedna matka opowiadała koleżance o pierwszej komunii córki. To niestety już historia. Rafał Kasza współorganizator happeningu na starówce wbił ostatnie gwoździe do trumny i tym samym zakończył długą i bogatą historię zielonogórskiej gastronomii. Tak mogło by brzmieć ostatnie zdanie tego tekstu. Na szczęście naszym gastronomom nie brakuje determinacji i konsekwencji. Zaprezentowali pomysły na „reanimację” zielonogórskiej branży. – Chcemy, aby letnie ogródki zostały na okres jesienno-zimowy – mówi R. Kasza. – Koszt ich rozstawienia i rozbiórki wynosi od 1 do 8 tys. zł. To są realne oszczędności dla restauratorów. Zimą podczas jarmarku bożonarodzeniowego albo na Wielkanoc można by w ogródkach zaserwować zupę z kociołków, zawsze to jest dodatkowy przychód – zaznacza. – Nie mówiąc już o tym, że w bezpiecznych warunkach każdy wypiłby np. kawę.

Restauratorzy boją się, że nie dotrwają do wiosny

Grzegorz Pyzikiewicz, właściciel Jazzgot Cafe & Restaurant jest pesymistą, nie wierzy w rządową tarczę finansową dla gastronomii. – Te zapowiedzi pomocy są niekonkretne – tłumaczy G. Pyzikiewicz. – Od marca lokal przynosi straty, jedynie w sierpniu i we wrześniu było troszkę lepiej. Klienci już nie są tak solidarni z nami jak wiosną i nie kupują posiłków na wynos, bo po prostu brakuje im pieniędzy – tłumaczy. – Połowę załogi na pewno zwolnię. Kolejne odroczone raty kredytów są do spłaty. Będę walczył, ale czarno to widzę. Pomimo tego, że naprawdę staraliśmy się jak to mówią ekonomiści dywersyfikować źródła dochodu. Obsługiwaliśmy nie tylko imprezy rodzinne, ale i bankiety, konferencje. Jednym z naszych głównych klientów był urząd marszałkowski.

Karolina Biskup i Bartosz Baranowski, prowadzący cocktail bar dopiero od kilku miesięcy przekonują, że za wcześnie na zawieszenie działalności. Ich zdaniem jednak bez rządowej pomocy co drugi lokal w Polsce padnie. – Wiosną przyszłego roku zielonogórzanie będą mieli bardzo mały wybór – mówią zgodnie. – Rząd zamyka legalną działalność i nie mówi nam, za co mamy zapłacić ZUS i pensje pracowników. Alkoholi do domu wozić nie możemy. Tydzień temu do naszego menu dodaliśmy przekąski. Nie wiemy jednak, czy będą cieszyły się zainteresowaniem. Nie oszukujmy się w kryzysowych czasach i to na pracy zdalnej ludzie gotują sami. A jak już coś zamawiają to pizzę lub kebab – kończą.

(rk)-WZG