Stary już prawie za nami. Jeszcze kilka godzin i będziemy witali Nowy Rok w najdziwniejszych okolicznościach w naszym życiu. Teoretycznie zamknięci w domach, teoretycznie tylko w gronie najbliższych, Piszę „teoretycznie” bo przecież pomysłowość i niezdyscyplinowanie rodaków jest oczywiste. Zamiast wyjazdu na ferie mamy „wynajem długookresowy mieszkania”, a niejeden będzie chętny sprawdzić sprawność policji, a potem niezależność sędziego.

To dobry i oczywisty moment, by popatrzeć w tył, bo jednak tak szybko się zapomina…

Ten rok stał pod znakiem COVID-a, choć dziś już jego początki wydają się odległe. Kiedy się rozpoczął, mimo, że w Zielonej Górze, to wielu wydawał się czymś jak wypadek samochodowy. Może i kogoś dotknie ale przecież nie nas. Choć wydawał się czymś nierzeczywistym ale…. miasto już reagowało. Dzięki pomocy „LUG”-u, za co prezydent powinien odznaczyć właścicieli odpowiednim odznaczeniem, Zielona Góra i samorząd województwa wcześniej niż rząd sprowadziły cały samolot rzeczy ochronnych. Kto jeszcze to pamięta? Kto pamięta, że pomagali żołnierze 4 Zielonogórskiego Pułku Przeciwlotniczego z Czerwieńska, a Darek Rączka całą noc przesiedział na lotnisku, by następny dzień spędzić w konwoju i podczas rozładowywania sprzętu?

Czy ktoś jeszcze pamięta, że druhowie-ochotnicy z zielonogórskich OSP zaangażowali się  w akcje rozdawania tegoż sprzętu i patrząc na dzisiejsze standardy, ryzykowali zdrowiem by do zielonogórzan dotarły maseczki zakupione przez miasto, a także te uszyte przez panie z „Widzialnej Ręki”. Czy ktoś w kronikach zapisze panią Prokopyszyn, która się dwoiła i troiła, by skoordynować akcje setek wspaniałych zielonogórzanek, które szyły te maseczki kosztem czasu dla rodziny? Czy ktoś kiedyś wspomni Sylwka Pyrkę i spółdzielnię Pracy Socjalnej „Cuda-Wianki”, tych którzy w tych pierwszych dniach zarazy robili prymitywne przyłbice, bo gdy nie było niczego i na ten wyrób było zapotrzebowanie. A Justyna i Łukasz Więcek, którzy na drukarkach 3D drukowali przyłbice wzbudzając ogromny zachwyt naszych medyków? Czy gdzieś zachowają się zdjęcia z akcji wszystkich klubu radnych „Zielona Razem” i kilku radnych PO, którzy nie bali się wyjść na ulicę i rozdawać te maseczki? A myśliwi, którzy zdobywali materiał gdzieś pod Łowiczem, by z pomocą „Widzialnej Ręki”, maseczki dotarły do Stacji Krwiodawstwa, Pogotowia i Domu Samotnej Matki? Gdzieś pochowały się wtedy wszelkie ruchy i miłośnicy mchów i porostów, a bohaterami stali się zielonogórzanie, którzy nie siedzieli na fejsie tylko pomagali innym. Ten felieton jest też wnioskiem do prezydenta, by kiedy przyjdzie czas, nie zapomniał o ich uhonorowaniu.

W tamtych dniach redaktor Rostkowska z Akademickiego Radia „Index” codziennie, świątąk, piątek i niedziela przepytywała prezydenta z tego co się dzieje w mieście i choć dziś tamte liczby na nikim nie robią wrażenia, bo wtedy bywały dni, gdy w Zielonej Górze nikt się nie zarażał, a dziś kilku nowych cowidowców to norma, jednak uważam, że dla nas, mieszkańców tamten okres był ważny. Czuliśmy się jedną społecznością. Nie wiem czy nie była to jedna z najważniejszych wiosen w najnowszych dziejach Winnego Grodu.  Miasto nie stało z boku lecz było niezwykle aktywne. Finansowało zakup materiałów, dezynfektorów, środków  ochrony dla służby zdrowia. Nie tylko tej uniwersytecko- wojewódzkiej ale państwowej Polikliniki. Nim rząd wprowadził swoje „Tarcze antykryzysowe” już robiliśmy „Koronapomoc” – skromną, na miarę możliwości finansowych i prawnych samorządu, pomoc dla przedsiębiorców, którą dziś szacujemy na jakieś 10 milionów złotych. Tyle pieniędzy zostało w kieszeniach naszych przedsiębiorców. Nie wiem czy to dużo, pewnie nie, ale niewiele miast w Polsce szło tą drogą, by obok pomocy rządowej była też pomoc samorządu. Robiliśmy to, bo taka byłą potrzeba. Wydział Zarządzania Kryzysowego i druhowie-ochotnicy pokazali, całej Polsce, iż te właśnie struktury są prawdziwą Obroną Cywilną samorządu w naszych czasach.

Lato minęło nam, jak całej Polsce, na nadziei, że najgorsze za nami. Pojechaliśmy na wczasy, weekendy spędzaliśmy w knajpkach i nawet Winobranie, choć bez Korowodu, tak naprawdę nie było wiele skromniejsze.

Po Winobraniu mieliśmy koronawirusa w DPS „Kombatant”. Jestem przekonany, że gdy ktoś kiedyś będzie pisał o tym wydarzaniu to napisze o heroicznej postawie części załogi i wolontariuszy z „Caritasu”. A na dziennikarstwie będą to pokazywali jako przykład wybiórczego dziennikarstwa i wykorzystania nieszczęścia ludzkiego do manipulowania opinią publiczną. Wprawdzie w USA już przed stu laty wymyślili pojęcie „żółtej prasy” czyli brukowców dla których jeśli fakty nie zgadzają się  potrzeba sensacji to tym gorzej dla faktów, ale w tej historii nawet media, które aspirują do poważnych, sięgnęły bruku.

(I tu nie mogę się powstrzymać od drobnej dygresji, niestety znów skierowanej w stronę PO. Otóż wszyscy wiedzą, że telewizyjny magazyn Anity Gargas to jeden  z najbardziej nieobiektywnych programów TV. Taki telewizyjny brukowiec. W kręgach nie związanych z PiS-em nie ceni się tego programu i powoływanie się na niego jest passe. Ale wystarczyło, że magazyn zrobił materiał przywalający prezydentowi miasta to dla niektórych czołowych polityków PO był to przykład „obiektywności i rzetelności dziennikarskiej” i chętnie się na niego powoływal,i by od siebie też prezydentowi dołożyć. No bo przecież „wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem”)

Covidową jesień zdominowały doniesienia o tworzeniu szpitala covidowego w miejsce szpitala Matki i Dziecka i o przygotowaniach do utworzenia takowych najpierw w Poliklinice a potem na hali sportowej. Jestem przekonany, że ta ostatnie koncepcja – na szczęście- nie dojdzie do etapu realizacji ale miasto dmucha na zimne. I choć trwa bezsensowny spór kto jest ojcem tych przedsięwzięć, to jednak nasze miasto i region są w czołówce samorządów starających się wyprzedzać wydarzenia.

W tym roku COVID był i jest tematem numer jeden. Cóż, w ostatnich dniach codziennie na zielonogórskich cmentarzach odbywa się średnio dwa razy więcej pogrzebów niż rok temu. Spora część z nich to pochówki osób,, którym wirus, tak czy owak, skrócił życie. Kolejki karetek przez SOR potrafią trwać nie krócej niż kolejki za mięsem w PRL-u, służba zdrowia w Polsce faktycznie padła.

Podsumowując ten cowidowy rok należałoby napisać, iż był to rok, w którym na wysokości zadania stanęło wielu zwykłych ludzi i wielu pracowników służby zdrowia. Ale też wielu pracowników służby zdrowia pokazało, iż ich jedyną motywacja do pracy jest mamona, a nie dobro ich pacjentów. Gdybym bowiem miał wskazać słowo roku to byłoby to słowo „teleporada” – symboliczne określenie upadku etosu lekarza.

Andrzej Brachmański