– Mam jeszcze tyle marzeń i planów do zrealizowania – mówi Bogumiła Hyla – Dąbek, z Zielonogórskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku, nagrodzona Złotym Medalem za Zasługi dla uniwersytetu przez prezydenta Janusza Kubickiego.

  – Skąd ma pani tyle energii? Odziedziczyła w genach po rodzicach?

– Energię miałam zawsze. Byłam ruchliwym dzieckiem. Nigdy nie interesowało mnie spokojne życie. Lubię gwar i ludzi.

– Czyli na Uniwersytet Trzeciego Wieku zapisała się pani, żeby mieć wokół siebie jeszcze więcej ludzi?

– Z zawodu jestem nauczycielką matematyki. Pracowałam w szkole, przyzwyczaiłam się do hałasu i działania. Choroba strun głosowych spowodowała, że przekwalifikowałam się na bibliotekarkę. Po przejściu na emeryturę w 2005 r., czyli już blisko 15 lat temu, nie wyobrażałam sobie, że mogę być bezczynna i siedzieć tylko w kapciach przed telewizorem. ZUTW to był strzał w dziesiątkę.

– Prezydent Kubicki nagrodził tę pani uniwersytecką aktywność?

– Nieskromnie powiem, pan prezydent docenił, że nie jestem tylko biernym słuchaczem ZUTW. Owszem, biorę udział w zajęciach, wykładach i imprezach, ale daję też dużo z siebie. W tym tygodniu np. siedziałam do późna w nocy, aby opisać na naszą stronę internetową kongres uniwersytetów trzeciego wieku, który odbył się w Warszawie.

– Spełnia się pani jako dziennikarka?

– To za dużo powiedziane, choć faktycznie piszę i robię zdjęcia m.in. do „Inspiracji”. Uniwersyteckie czasopismo jest na poziomie, nie ma tam byle jakich tekstów. Dziesięć lat temu byłam dziennikarką obywatelską w jednym z portali związanych z Gazetą Lubuską. Należę do zespołu Asystent, który pomaga Zarządowi ZUTW w zorganizowaniu uniwersyteckich imprez i wydarzeń. Spełniam się w roli fotografa i piszę teksty. Mamy dużo pracy.

  – A co jeszcze robi pani na ZUTW?

– Łatwiej byłoby powiedzieć, czego nie robię (śmiech). Uczestniczę w zajęciach fotograficznych.  Kiedyś wydawało mi się, że jestem w tym dobra. Teraz wiem – muszę się jeszcze dużo nauczyć, więc się uczę. Jestem członkiem Pracowni Edukacji Fotograficznej i grupy filmowo-fotograficznej „Kwadrat” założonej przez Bolesława Polarczyka.

– Skąd się wziął bakcyl filmowy?

– Filmowałam od dawna. Dużo podróżuję z mężem i wnukami. Zawsze te moje wyprawy rejestruję, umiem montować filmy. W kole nabywam dodatkowe umiejętności. Jestem wciąż amatorką.

–  Skromność przez panią przemawia!

– Bez przesady! Znam swoją wartość, potrafię mówić co mi się udało.

– Ma pani okazję!

– Jak przeszłam na emeryturę, prawie wcale nie umiałam posługiwać się komputerem. Pomyślałam, to niemożliwe, żeby zostać w tyle w czasach, kiedy technika tak mocno idzie do przodu. Zapisałam się na dwa kursy komputerowe, uczyłam się obsługi sprzętu, korzystania z Internetu. A teraz nie mogę uwierzyć w to co robię (śmiech). Komputer nie ma dla mnie wielu tajemnic. Mam szóstkę wnucząt, czwórka jest już na studiach. I zawsze znajduję czas, żeby porozmawiać z nimi przez Messengera, przesłać zdjęcia lub informacje na facebokowym czacie. A niedawno skończyłam 70 lat!

–  Rówieśnicy chętnie komunikują się na portalach społecznościowych?

– Dla rówieśników, nie będących słuchaczami ZUTW, problemem jest czasami nawet odebranie czy wysłanie esemesa.

– O takich jak pani, kiedyś mówiło się młodzieżowa babcia.

– Nie wiem, czy jestem młodzieżowa, ale chyba coś w tej przypisanej przez pana etykietce jest. Moja wnuczka Asia, wtedy jeszcze studentka, która sobie trochę dorabiała, przyjechała do Zielonej Góry ze swoją młodą szefową. I ta pani, mówi do mnie: „Bardzo chciałam panią poznać, bo Asia pochwaliła się, że ma inną i nietuzinkową babcię”. Zdziwiłam się! A to chodziło o to, że jestem „na bieżąco”.

– Ale młodzieżowych słówek pani nie używa?

– Zdarza mi się w mowie potocznej. Dbam jednak bardzo o poprawność językową. A rozmawiając z wnukami na czacie nie wysyłam uśmieszków podpisanych xd (śmiech). Mam dobry kontakt z młodymi ludźmi. Rozumiem młodzież, pewne ich zachowania nie szokują mnie, tak jak moich rówieśników.

– Porozmawiajmy o fotografowaniu. Widuję panią w plenerze!

– Lubię fotografować ludzi. Na wakacjach w kilku miastach europejskich fotografowałam ludzkie zachowania. Nauczyłam się też fotografować przyrodę i zwierzęta. Nie tworzę katalogów flory i fauny, wszędzie jest tego pełno. Na zajęciach uczymy się fotografować artystycznie. Nie pokazujemy słonia, tylko obraz na podstawie którego domyślimy, że to jest właśnie słoń. Kiedyś nie rozumiałam, co ciekawego można sfotografować w lesie. A na ostatnich zajęciach mieliśmy tam znaleźć kompozycję i doświetlić ją lampą. Przekonałam się, że w gąszczu drzew i krzaków można wyłuskać coś ciekawego. Człowiek na emeryturze jest w stanie dużo się jeszcze nauczyć.

 – To dlaczego naszym emerytom nie chce się wyjść z domu? Wiadomo, część z nich nie ma pieniędzy nawet na lekarstwa. Ale czy pieniądze są jedynym powodem braku aktywności?

– Pieniądze to nie jedyny powód. Seniorom się nie chce. Na ciekawym wykładzie dowiedziałam się że człowiek jest stary, kiedy zaczyna tak sam o sobie mówić. Starość jest wtedy, kiedy nie chce się wyjść z domu, kiedy wspomnienia zaczynają górować nad marzeniami, kiedy wydajemy więcej na poprawianie stanu zdrowia niż jego rujnowanie, no i kiedy wartość świeczek zaczyna przekraczać wartość tortu (śmiech).

– Czyli pani nie wspomina?

–  Wspominam dobre czasy, kiedy byłam młoda, ale żyję w teraźniejszości. Moja koleżanka z LO nr 7, napisała list, z którego wynikało, że nic dobrego już ją nie czeka, bo w tym wieku, to trzeba się szykować do trumny. Zdziwiliśmy się podczas klasowego spotkania. Bo my mamy jeszcze tyle marzeń, przygód do przeżycia. Tak bardzo chce mi się żyć! Dużo ludzi zasłania się wnukami, nie może wyjść np. do teatru, bo pomaga córce czy synowi w ich wychowaniu. Mnie zawsze lepiej wychodziła funkcja kształcąco-poznawcza względem wnuków, niż opiekuńcza. Ze mną zwiedzały Warszawę, Lwów, poznawały Słowację, piękne Tatry, a także kilka innych państw. Podsuwałam im wartościowe książki do przeczytania. Wnuki nakręciły film z okazji mojej 70. Dużo mówiły o wspólnej nauce, wyjazdach i poznawaniu świata. Lepsza jest przecież babcia zadowolona z życia. Rzadko gotowałam im kaszki, smażyłam placuszki i piekłam ciasta. Zresztą, zawsze dbałam, żeby dzieciaki dobrze wyglądały, nie były za grube.

– A umie pani piec?

–  Tak. Moją specjalnością jest tort makowy.

 – To o czym pani marzy?

– Chciałabym pojechać do Japonii i Indii. Może być trudno, z uwagi na koszty. Ale na Białoruś się wybiorę. Lubią podążać śladami bliskich. Moja rodzina przyjechała na ziemie zachodnie z Galicji. W zeszłym roku po raz pierwszy wybrałam się na wschód. Odwiedziliśmy Zamość, Sandomierz, Tarnów i Mielec, skąd mama przyjechała. To były cudowne wakacje. Na dzisiejszej Białorusi, w Raduniu, urodziła się moja ukochana ciocia, która była wywieziona na Syberię. Pojadę tam sama z mężem, nie z wycieczką, bo znam rosyjski. A największe moje marzenie to pozostać sprawną.

– Pani jest okazem zdrowia!

– Zasłabłam w parku Tysiąclecia. Wiedząc, że zemdleję, położyłam się na ziemi. Podwinęłam prawą nogę pod siebie, a ciało już było bezwładne. Poszły trzy kości podudzia ze stawem skokowym. Walka o chodzenie trwała półtora roku, trzy miesiące byłam na wózku inwalidzkim. Uczyłam się na nowo chodzić.

– Mąż nie działa w ZUTW? Nie jest o pani aktywność zazdrosny?

– Woli być dla siebie sterem, żeglarzem i okrętem, ale mnie wspiera i za to jestem mu bardzo wdzięczna. W ZUTW jest mało mężczyzn, jedynie w grupie fotograficzno-filmowej jest ich więcej. Mąż nie ma powodów do zazdrości, nie zaniedbuję ani jego, ani domu. Dużo spaceruje, jeździ ze mną, zwiedza i też fotografuje.

– Jak ktoś w dojrzałym wieku szuka żony lub męża to może znaleźć w ZUTW?

–  Były takie przypadki (śmiech). Ale to dobrze, bo samotność jest straszna, więc jak, ktoś zostaje sam…dlaczego nie.

 – Dziękuję za rozmowę.

                                                                                                          Rafał Krzymiński