Za 5-10 lat po Europie jeździć będą miliony elektrycznych samochodów. Osobowych, ciężarowych i autobusy. Wszystkie na baterie, które ktoś musi naładować. Tym zajmuje się zielonogórska firma Ekoenergetyka-Polska, która istnieje od 10 lat. Jest europejskim potentatem od ładowarek autobusowych.

Elektromobilność – tak nazywa się najnowszy trend. Czy za moment wszystkie pojazdy będą elektryczne? Samochody osobowe, koparki, spychacze, ciężarówki i autobusy? Wielu uważa, że tak będzie wyglądała przyszłość. Dla zielonogórskiej komunikacji miejskiej to rzeczywistość. Po mieście jeżdżą 44 elektryczne ursusy, zasilane przez ładowarki wykonane w Ekoenergetyce, która ma swoją siedzibę w Lubuskim Parku Przemysłowo-Technologicznym w Nowym Kisielinie. Można tam dojechać np. autobusem linii 25, który wyjeżdża z pętli przy ul. L. Wyczółkowskiego.

– Musi pan poczekać kwadrans, bo najpierw musimy doładować akumulatory – mówi Jacek Newelski, kierownik sekcji rozkładów jazdy w Miejskim Zakładzie Komunikacji, który często sam zasiada za kierownicą autobusu. Jego ursus podjeżdża do białej linii wymalowanej na pętli.

– Teraz jestem pod pantografem. Dzięki specjalnej aplikacji, która wyświetla się na monitorze kontrolnym, muszę ustawić autobus w takim położeniu, by opuszczający się pantograf znalazł odpowiednie gniazdo na dachu autobusu – opowiada J. Newelski. Zgranie systemów potrwa około minuty. Prąd zaczyna płynąć. Ładowanie akumulatorów potrwa jakiś kwadrans, potem można wyruszać w trasę.

10 kilometrów dalej, w centrum monitoringu Ekoenergetyki w Nowym Kisielinie, Marek Bzicki obserwuje przebieg procesu tego ładowania. I nie tylko…

Fot. Tomasz Czyżniewski
Nowa siedziba Ekoenergetyki w Nowym Kisielinie

– Na zielono mam zaznaczone działające ładowarki, kolor szary oznacza nieużywane aktualnie urządzenia, na górze wyświetlają się informacje o awariach – pokazuje na ekranie monitora M. Bzicki. – Teraz awarii nie ma, na zielono świeci się kilkanaście ładowarek. Zielona Góra, Malmo, Helsinki, Jaworzno, Warszawa, Poznań, Inowrocław, Częstochowa, Barcelona…

W sumie 350 ładowarek w 11 krajach całej Europy. Wszystkie widoczne z jednego miejsca. Tutaj można np. zwiększyć moc ładowania, by w autobusie szybciej uzupełnić niedobór prądu.

– Gdy jest jakaś awaria, dodatkowo dostaję powiadomienie na telefon. Sprawdzam, co się dzieje. Kontaktuję się z serwisem na miejscu lub wysyłamy naszą ekipę – wyjaśnia M. Bzicki.

Gospodarzem pomieszczenia obok jest ekipa fachowców zajmujących się m.in. naprawami. Jeżeli lokalny serwis nie jest w stanie naprawić sprzętu, ruszają do niego spece z Zielonej Góry.

– Do Kristiansand w Norwegii możemy dotrzeć w 11 godzin – mówi Marek Hoeft.

Na północy: w Szwecji, Finlandii i Norwegii ładowarki muszą sprawnie działać przy dużych mrozach i opadach śniegu. Natomiast w Krakowie trzeba częściej wymieniać filtry chroniące przed zanieczyszczeniami. Smog robi swoje.

Okazuje się też, że podczas pracy ładowarka wydziela ciepło, potrzebny jest więc system chłodzenia. To postanowili wykorzystać Niemcy w Monachium. Budują nowoczesną zajezdnię na 184 elektryczne autobusy. Kompleks budynków o nazwie Hybrid-M będzie się składał m.in. z podziemnej hali z 56 stacjami do ładowania dostarczonymi z Zielonej Góry. Energoelektronika będzie chłodzona cieczą. A odzyskiwane ciepło zostanie wykorzystane do ogrzewania innych pięter budynku. – To jedyne takie rozwiązanie w skali Europy, bardzo innowacyjne przedsięwzięcie! – mówi wiceprezes Ekoenergetyki, Maciej Wojeński.

10 lat temu, M. Wojeński wraz z Bartoszem Kubikiem (dzisiaj prezes Ekoenergetyki), ukończyli Uniwersytet Zielonogórski. Ich pracą dyplomową była wykonana przez nich ładowarka do samochodów. Zaraz po ukończeniu studiów założyli firmę, która dzisiaj jest polskim liderem elektromobilności. Opanowała 90 proc. polskiego rynku ładowarek autobusowych i około 40 proc. rynku europejskiego. Początkowo pracowali w uniwersyteckim inkubatorze. Przełomem okazało się nawiązanie współpracy z Solarisem, który wtedy ruszył z produkcją elektrycznych autobusów. Wspólnie oferowali autobusy i sprzęt do ładowania. Zdobywali doświadczenie i renomę. Gdy w latach 2015-2017 ruszyła masowa produkcja elektrycznych autobusów, byli gotowi. Mieli wiedzę i doświadczenie. Ale brakowało kapitału. Został wniesiony przez inwestora spoza branży, firmę Polfarmex z Kutna. Pomogły też fundusze rządowe oraz regionalne. Dzisiaj w Nowym Kisielinie stoją laboratoria i jedna hala, w której montowane są ładowarki.

– Jesteśmy bardzo elastyczni – tłumaczy Krzysztof Burda, dyrektor ds. marketingu, z którym oglądamy halę produkcyjną. Jeszcze kilka lat temu, w poprzedniej siedzibie, w hali montażowej jednoczenie można było zobaczyć tylko kilka ładowarek. Teraz w hali stoi ich kilkadziesiąt. Duże, średnie i malutkie. W różnych kolorach. Wszystkie wytwarzane na indywidualne zlecenia.

– Każde zamówienie jest robione osobno i dopasowywane do indywidualnych wymagań – tłumaczy K. Burda. – Robimy nawet betonowe konstrukcje, wtedy nasza stacja bardzo przypomina popularne transformatory. Jeden taki model montujemy na zewnątrz hali.

Stąd stacje ładowania trafiły już do 60 miast w 11 krajach. Ich wymyślaniem i produkcją zajmuje się 247 osób. Co tydzień przyjmowani są kolejni pracownicy.

Na zewnątrz budynku stoi wiele elektrycznych pojazdów. Część oznakowana firmowym logo. Jest też stacja ładowania. Z tyłu widać niegotową halę.

– To kolejne miejsce na nasze laboratoria. Będzie gotowe w przyszłym roku. A za tą budowaną halą jest jeszcze miejsce na kolejny obiekt, w którym będą prowadzone prace nad wykorzystaniem wodoru – informuje K. Burda.

Fot. Tomasz Czyżniewski
Marek Bzicki monitoruje działania 350 ładowarek w całej Europie

(tc)