– Sołtys sam powinien wiedzieć, jaka jest jego rola w sołectwie i jakie obowiązki spoczywają na jego barkach – twierdzi Krzysztof Sadecki, sołtys Zatonia.

– Od połączenia gminy wiejskiej z miastem minęło już ponad pięć lat. Jak Zatonie wyszło na tej operacji?

Krzysztof Sadecki, sołtys Zatonia: – Nasze sołectwo od chwili połączenia z miastem przeżywa swoje złote chwile. I choć byłem od początku zwolennikiem połączenia, to jednak miałem trochę obaw. Teraz jednak mogę powiedzieć z całym przekonaniem, że Zatonie na pewno jest jednym z największych wygranych połączenia.

 

– Czego się pan obawiał najbardziej?

– Obawiałem się, że szczodrze dawane nam obietnice nie zostaną dotrzymane. Ale rzetelna realizacja już pierwszej prezydenckiej obietnicy, tej jeszcze sprzed połączenia, dała mi wiele do myślenia. Prezydent Janusz Kubicki obiecał mieszkańcom Zatonia remont dachu nad wiejską świetlicą i słowa dotrzymał. Od tego momentu zacząłem z rosnącą ufnością odnosić się nie tyle do idei połączenia, ile do kolejnych obietnic miejskiej władzy.

 

– Z jednej strony bogata i barwna przeszłość Zatonia, z drugiej strony – wyzwania i potrzeby współczesności. Co jest dla mieszkańców Zatonia ważniejsze: historia czy nowoczesność?

– Nasze sołectwo bardzo udanie godzi jedno z drugim. Każda impreza organizowana przez Stowarzyszenie „Nasze Zatonie” nawiązuje do przeszłości, do bogatej historii tego miejsca, zwłaszcza do historii pałacu i jej gospodyni księżnej Doroty de Talleyrand. Siłą rzeczy jesteśmy głęboko zanurzeni w nowoczesności, mamy przecież XXI wiek, ale nasze myśli często biegną właśnie ku księżnej, bo to ona jest nieformalną patronką naszej wsi. Staramy się jej dorównać przynajmniej w jednym – równie jak ona kochamy Zatonie. Równie jak ona robimy wszystko, aby Zatonie przestało być bezbarwnym punktem na mapie Europy.

 

– Jakie macie plany?

– Chcemy z Zatonia uczynić rozpoznawalną markę, zależy nam bowiem na turystach, bo mamy nie tylko ciekawą, wręcz ekscytującą historię, ale także wspaniałych mieszkańców, którzy wielokrotnie dowiedli, że gdy trzeba, potrafią w każdej chwili zakasać rękawy, czyniąc z Zatonia piękne miejsce. To właśnie mieszkańcy, obok postaci księżnej Doroty, są największym bogactwem Zatonia. Odczuwam dumę, że właśnie ta bardzo wymagająca społeczność wybrała mnie na swego sołtysa. To dla mnie wielki zaszczyt i honor.

 

– Czy bycie miejskim sołtysem czymś się różni od bycia wiejskim sołtysem?

– Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo za czasów gminy nie byłem sołtysem. Z własnego doświadczenia mogę tylko powiedzieć, że to bardzo satysfakcjonująca praca, choć nie pozbawiona chwil zwątpienia czy goryczy. Nie będę pozował na twardziela, czasami mam wszystkiego serdecznie dosyć, ale następnego dnia budzę się w lepszym nastroju i znów biorę się za bary z naszą sołecką rzeczywistością. Mam ulubione powiedzonko, które w moim przypadku sprawdza się w stu procentach: sołtysowanie to wspinaczka na stromą górę. Po drodze czyha pełno niebezpieczeństw, ale na szczycie czeka nagroda w postaci przepięknych widoków i duma, że się jednak dało radę. Tego się trzymam.

 

– Kogo pan przede wszystkim słucha: radnych i prezydenta czy mieszkańców?

– Sołtys sam powinien wiedzieć, jaka jest jego rola w sołectwie i jakie obowiązki spoczywają na jego barkach. Dla pozytywnej oceny pracy sołtysa bardzo ważne są oceny mieszkańców, bo to oni wystawią na koniec jego kadencji złe lub dobre świadectwo, ale dobre relacje z miejską władzą są równie ważne, wręcz mile widziane.

 

– 11 marca obchodziliśmy Dzień Sołtysa, co się powinno życzyć sołtysom z okazji ich święta?

– Życzyłbym wszystkim sołtysom dużej wytrzymałości, cierpliwości, zdolności dyplomatycznych oraz dobrych pomysłów. No i dużo zdrowia, bo bez dobrej kondycji fizycznej raczej nie sposób 3-4 razy w tygodniu objechać na rowerze całe sołectwo, zaglądając niemal do każdego zaułka. A patrolować sołectwo trzeba, by wiedzieć, co się dzieje i dlaczego…

 

– Dziękuję.

 Piotr Maksymczak