Z pewnością to jeden z najbarwniejszych trenerów, który pracował w Zielonej Górze. Za jego czasów w Falubazie było naprawdę „grubo”. Dwa medale – złoty i srebrny są tego dowodem. Po dziesięciu latach Piotr Żyto po raz drugi wszedł do rzeki pod nazwą Stelmet Falubaz Zielona Góra.

 – Niezmiennie dobrze panu w tej koszuli z „Myszą”!

Piotr Żyto: A dziękuję! (śmiech)

 

– Jak nastrój po powrocie do Zielonej Góry?

– W porządku, jak to w Falubazie! Znam tu ludzi, wróciłem do miejsca, które znałem. Łatwiej się wtedy przychodzi.

 

– Jak to się stało, że jeden klub ekstraligowy zamienił pan na drugi?

– Moje przejście trwało krótko. Decyzja zapadła w trzy dni. Nie było jakiegoś szeroko zakrojonego działania, oczekiwania na to, aż zwolni się miejsce. Zadzwonił prezes (Wojciech Domagała – dop. mk) i zapytał, czy jeszcze jestem wolny. Ja miałem w Rybniku umowę do 31 października. Z prezesem ROW-u rozmawiałem o pozostaniu. Powiedziałem, że chciałbym zostać na dwa lata w klubie. Nie bardzo mu to chyba pasowało. Zdecydowałem, że idę tam, gdzie mnie chcą. W niedzielę zadzwonił telefon, we wtorek zapadła decyzja, a w środę miałem już podpisany kontrakt. Poszło to szybko, ale też nie robiłem nic przeciwko Adasiowi (Skórnickiemu – dop. mk). Jesteśmy kolegami, nigdy bym mu czegoś takiego nie zrobił, żeby za plecami kogoś usuwać. Z nim nie doszli do porozumienia, przedstawiono mi propozycję i zdecydowałem się na nią.

 

– Czyli rozumiem, że obie strony – rybnicka i zielonogórska – są szczęśliwe? Pan się ucieszył przychodząc tutaj, a ROW też sobie ze stanowiskiem trenera poradził.

– Myślę, że tak. Oby tak było.

 

– Jak ocenia pan ten skład, zbudowany na sezon 2020? Jest jedna zmiana u seniorów. Antonio Lindbaeck w miejsce Nickiego Pedersena.

– Myślę, że tak szybkie pozbycie się Pedersena było błędem. Podjął ją poprzedni prezes (Adam Goliński – dop. mk) z trenerem. Ja z Pedersenem współpracowałem w Częstochowie w 2008 roku. Miałem z nim dobry kontakt. Idzie gościa „ogarnąć”, tylko trzeba to umieć zrobić. A jak się tego nie potrafiło, to ciężkich ludzi się usunęło. Jest skład taki, jaki jest. Myślę, że z tej drużyny można sporo wyciągnąć. Takie będzie moje zadanie.

 

– Wraca pan po dekadzie do Zielonej Góry. Zastanawiam się, ile u pana się zmieniło? Żużlowego chleba spróbował pan w tym czasie z niejednego pieca.

– Nie upadłem na sportowe dno, jak ktoś kiedyś napisał (śmiech). Rzeczywiście, poszedłem stąd do Rawicza i po roku awansowaliśmy do I ligi, tylko pieniążków nie było i spadliśmy. W tym czasie, przez 5 lat w sumie, pracowałem w Szwecji. Kolejno w Hammarby, Vargarnie i na koniec w Griparnie. W tym pierwszym klubie, ze Sztokholmu, zdobyliśmy brązowy medal i mogę się pochwalić, że chyba jako jedyny polski menadżer mam medal Drużynowych Mistrzostw Szwecji. Potem bywało różnie. W 2016 roku z Rybnikiem byliśmy skazywani na spadek w ekstralidze, a całkiem nieźle nam poszło, niewiele zabrakło do play-offów. Ubiegły sezon to był awans, ale też niełatwa sprawa, bo odszedł przecież Grisza Łaguta. Dobieraliśmy zawodników, ale podołaliśmy zadaniu faworyta. Z Opolem też przepracowałem w międzyczasie 2 lata, a więc dużo doświadczeń, znajomości, np. ze Szwecji, które teraz się przydają i procentują.

 

– Jakie doświadczenia?

– Na pewno doświadczenia z tamtych torów, popatrzenie na „inny” żużel. Tam jest odmienne podejście. Na pewno można z tych lekcji skorzystać.

 

– Tor w Zielonej Górze czeka sporo zmian?

– Troszkę trzeba pozmieniać, głównie granulację tego toru. Uczynić go torem do walki i odpowiednim dla miejscowych zawodników.

 

– Dziękuję za rozmowę.

Marcin Krzywicki