Przez 60 lat fotografował tysiące zielonogórzan. Z okazji komunii, ślubu, urodzin… Krzysztof Donabidowicz 30 czerwca skończył 100 lat! Z tej okazji rodzina ufundowała mu rzeźbę, którą można podziwiać przy drzwiach dawnego zakładu fotograficznego jubilata – przy ul. Kupieckiej 32.

Licznie zgromadzeni w tym miejscu, we wtorek, goście nie mogli się tylko zdecydować, co śpiewać: najpierw było 200 lat, później 150. – Czyżniewski! Też tam chodziłam robić zdjęcia. Ciekawe, czy twoje smutne zdjęcie zrobił pan Krzysztof? – moja żona dzisiaj całkowicie zapomniała o patelni. A moje smutne, a w zasadzie pełne rozpaczy zdjęcie portretowe należy do rodzinnych zagadek. Malutki Tomaszek (3-4 lata) wraz z mamą trafili do zakładu fotograficznego celem zrobienia eleganckiego portretu. Mama uważała, że to świetny pomysł. Ja byłem przeciwnego zdania. Darłem się więc wniebogłosy. W końcu zostałem przekupiony misiem – tak powstał portret dziecka chwilę po ustaniu płaczu – pełen nieufności i oczekiwania na misia. Nie dostałem go! Nie wiem, kto mi to zdjęcie zrobił. Może mama zaprowadziła mnie do zakładu przy ul. Kupieckiej (wtedy Świerczewskiego)?

– Ojciec przyjechał do Zielonej Góry w 1945 r. Fachu uczył się przed wojną w Czerniowcach za Lwowem. Początkowo pracował jako fotoreporter w gazecie. W 1947 r. postanowił pójść na swoje i otworzył zakład fotograficzny – opowiadał Mirosław Donabidowicz, proboszcz parafii pw. św. Urbana, najmłodszy syn jubilata. Rozmawialiśmy tuż przed uroczystością, także ze starszym rodzeństwem: Marią i Andrzejem. Ich ojciec fotograficzną karierę zaczynał w innym miejscu. – To było kilkadziesiąt metrów dalej, w stronę ul. Bohaterów Westerplatte. Teraz przed tym domem stoją rusztowania. Później przeniósł się na Kupiecką 32 – pokazywali synowie.

Andrzej Donabidowicz jest lekarzem. Na budynku widać tablicę jego gabinetu. – Dawny zakład taty jest podzielony na dwie części. Z przodu jest perfumeria, z tyłu, na dawnym zapleczu ja mam gabinet – tłumaczył pan Andrzej. – Kto wpadł na pomysł, żeby ojcu zrobić taki jubileuszowy prezent – spytałem. – Na pomysł wpadło rodzeństwo. Zrobiliśmy zebranie rodzinne i postanowiliśmy, że w prezencie postawimymu takiego Bachusika – przyznała pani Maria. O wykonanie rzeźby poprosili Artura Wochniaka, autora kilkudziesięciu Bachusików.

– Podoba mi się – jubilat zwięźle ocenił dzieło rzeźbiarza, potem pozował do licznych zdjęć. fot. Piotr Jędzura/ŁZ

– Sam nie wiem, czy możemy mówić, że to jest Bachusik. Jak zobaczyłem pana Krzysztofa zrozumiałem, że nie mogę zrobić rzeźby z wielkim brzuchem i gołym tyłkiem – mówił przed odsłonięciem figurki rzeźbiarz. – Postać jest ubrana, a do winiarskich tradycji nawiązuje kiść winogron u stóp. Fotografus – tak nazwano rzeźbę, ma przewieszony przez pierś aparat fotograficzny, a w wyciągniętej dłoni trzyma zdjęcie ukochanej żony Adeli, która zmarła w zeszłym roku, w wieku 96 lat.

Krzysztof Donabidowicz swój zakład prowadził przez 60 lat. Przeszedł na emeryturę mając 88 lat. Miał roczną przerwę, kiedy odsiadywał w więzieniu wyrok. Został aresztowany i skazany podczas Wydarzeń Zielonogórskich w 1960 r. – W tym czasie, kiedy tato był w więzieniu, było nas pięcioro dzieci. Ktoś nas musiał utrzymać i wychowywać. Ten ciężar wzięła na siebie mama. Przez rok to ona prowadziła ten zakład. Dlatego będą państwo mogli mamę zobaczyć na rzeźbie – tłumaczył ksiądz Mirosław. – Podczas Wydarzeń Zielonogórskich zamknąłem firmę i poszedłem zobaczyć, co się dzieje. Na chwilę, bo zaraz szybko ruszyłem do mieszkania przy ul. Reja, by sprawdzić co z dziećmi. Wyglądało to jak rewolucja – opowiadał mi kiedyś pan Krzysztof.

Niedzielne uroczystości w kościele pw. św. Urbana – jubilat otrzymał swój portret od prezydenta Janusza Kubickiego i Wiolety Haręźlak. fot. Piotr Jędzura/ŁZ

I tak został aresztowany. Podejrzewano go nawet, że będąc fotografem, szpiegował dla CIA lub innej wrogiej siły. – Doniósł na mnie milicjant. Jego żona, która u mnie robiła retusze, nawet o tym nie wiedziała. Na szczęście bronił mnie adwokat wojskowy, bo ja walczyłem w 5. dywizji II Armii, spod Warszawy dotarłem aż na Elbę – wspominał. – Według donosów brałem udział w rozruchach w kilku miejscach Zielonej Góry jednocześnie. Raz byłem organizatorem zajść pod kościołem. Innym razem byłem na ulicy Krakusa. Adwokat wykazał, że nic się nie zgadza. Sąd skazał go na rok więzienia. W Bydgoszczy. Tam robił zdjęcia współwięźniom. Nieliczne przepustki wykorzystywał do robienia zdjęć, by wspomóc materialnie rodzinę.

Jednak dla zielonogórzan jest przede wszystkim panem Krzysztofem, co robił im zdjęcia. – Od lat znam rodzinę Donabidowiczów. Cieszę się, że w ten sposób upamiętniony został pan Krzysztof. Przed laty nikt nie wierzył, że powstaną Bachusiki, których fundatorzy będą chcieli upamiętnić ważne wydarzenia lub ważne postaci – mówiła podczas wtorkowej uroczystości Wioleta Haręźlak. – Jest już jeden niezwykły, poświęcony piekarzowi Rzepce. Dzisiaj odsłaniamy rzeźbę poświęconą jednemu z pierwszych fotografów w Zielonej Górze.

W końcu fotograf odsłonił swoją podobiznę i… role się odwróciły. Przez ponad pół wieku to on stał po drugiej stronie obiektywu, robiąc innym zdjęcia. Tym razem cierpliwe pozował do zdjęć z rodziną i znajomymi. Kolejka była bardzo długa. – Podoba mi się – zwięźle ocenił dzieło rzeźbiarza. – Ojciec jest samodzielny, mieszka sam i sam porusza się po mieście. Jedynie teraz, z powodu epidemii koronawirusa zamieszkał u brata na plebanii – dodała pani Maria.

                                                            Tomasz Czyżniewski
                                           codziennie nowe opowieści i zdjęcia
                                                     Fb.com/czyzniewski.tomasz