Jest się nad czym zastanawiać. Czy na starym cmentarzu św. Jana odkryto ślady zbrodni? Mogłyby to sugerować zwłoki odnalezione tuż pod posadzką garażu. Mają odcięte głowy. Kiedy i dlaczego?

– Czyżniewski! Jakbyś więcej czasu spędzał w kuchni, dbając o czystość patelni, to byś mniej czasu poświęcał na oglądanie kryminałów w telewizji, gdzie mafia wrzuca zamordowanych do betonu. Ktoś tak zrobił w naszej Zielonej Górze? Może jeszcze znajdziesz osinowy kołek? –  moja żona sceptycznie podchodzi do sensacyjnych wątków związanych z odkryciem ludzkich szczątków na pl. Matejki.

Przypomnijmy. Na tyłach kamienic stojących w narożniku pl. Matejki-ul. Kupiecka trwa budowa parkingu. Na zlecenie miasta usiłuje to zrobić firma Exalo. Usiłuje jest tu najlepszym słowem, bo co rusz nadzorujący pracę archeolodzy odnajdują jakieś fundamenty, resztki prawdopodobnie średniowiecznych murów oraz ludzkie szczątki. Za dwa lata przypada 800-lecie powstania miasta. To właśnie koło pl. Matejki zamieszkali pierwsi osadnicy. Tutaj stał kościół św. Jana. Tutaj funkcjonował pierwszy, najstarszy zielonogórski cmentarz. Teraz wiemy, gdzie dokładnie się znajdował.

 

Trupy w garażu

 

– Stój! Przestań kopać. Wstrzymujemy prace! – takie okrzyki było tutaj słychać już kilka razy. Archeolodzy pilnie obserwują prace ziemne. Tym razem wydawało się, że nic się nie powinno wydarzyć. Jeszcze w zeszłym roku stały tutaj garaże wkopane w zbocze. Rozebrano je. Teraz koparki zaczęły zrywać ich betonową posadzkę. A pod nią… ludzkie kości. Zaledwie 20 centymetrów pod warstwą betonu! Natrafiliśmy na ślady zbrodni? Ktoś tych ludzi zamordował, zakopał w garażu i zalał betonem?

– Przyznam szczerze, że myśl o pochówku ofiar współczesnego mordu przeszła mi od razu przez głowę. Dobre miejsce, pod posadzką w garażu – mówi archeolog Bartłomiej Gruszka, który wraz ze Sławomirem Kałagatą  odpowiada za nadzór archeologiczny.

Jego zdaniem, jest to jednak bardzo mało prawdopodobne. – Przede wszystkim musiałoby to być morderstwo bardzo dobrze upozorowane na dawny pochówek przez kogoś, kto znał sposoby grzebania zmarłych przed wiekami. Chodzi tu przede wszystkim o ułożenie zwłok w grobie zgodnie z kierunkami świata, z głowami na zachodzie – tłumaczy B. Gruszka. – Morderca musiałby wiedzieć, że jest to teren dawnego cmentarza. Poza tym ślady wkopu grobowego nie wyglądają na „świeże”, nie są ostre. Pod garażem, obok, znajduje się prawdopodobnie kolejny pochówek.

W grobie widać szkielety trzech dorosłych osób, prawdopodobnie wrzuconych jedna na drugą. Wcześniej pochowano tutaj dziecko. Wokół nich nie ma jakichkolwiek innych śladów – resztek ubrania, guzików, biżuterii, drobnych monet. Może pogrzebano ich nago lub w całunie? Szczątki raczej pochowano kilkaset lat temu. Mogą mieć 400 lat lub nawet 800. Nie dowiemy tego bez specjalistycznych badań.

 

Odcięte głowy

 

Jedno wiemy, to nie był zwykły pochówek, bo zwłoki mają… odcięte głowy. Leżą na klatce piersiowej nieboszczyków, obrócone o 180 stopni w kierunku ul. Kupieckiej. To nie jest naturalny układ kościotrupa. Ktoś musiał je celowo tak ułożyć.

Wampiry? W środku Zielonej Góry?

– Bardziej powinno się mówić o „szkodliwych zmarłych” – tonuje emocje archeolog. – Odcięcie głów mogło mieć bardzo wiele przyczyn. Traktowano tak osoby, które zmarły „złą” śmiercią i była obawa przed tym, że mogą szkodzić żywym. Mogły to być ofiary epidemii (w przypadku tego pochówku jest to najbardziej prawdopodobne), samobójstwa, pijaństwa, złodziejstwa lub nawet innego wyglądu odbiegającego od normy. Wierzono, że po śmierci „zły” zmarły zjada swoją garderobę lub własne ciało i w ten sposób odbiera energię żywym. Stąd czasami spotykamy ślady krępowania rak, by zmarły nie był w stanie zjadać swojego ciała.

Jak było w tym przypadku, raczej się nie dowiemy. Głowy na pewno odcięto.

 

Na wampiry osinowy kołek

 

Zielonogórskie szczątki wyglądają jakby dokonano tzw. pochówku wampirycznego. Nasi przodkowie bardzo się bali żywych trupów, których w średniowiecznej Polsce nazywano strzygonie. Współcześnie mówimy o wampirach lub zombie. Rozpoznawano ich za życia. Podejrzanym był już ktoś o wyglądzie odstającym od normy. Kulawy czy garbaty, za niski lub za wysoki. Albo chory na gruźlicę, jeśli pluł krwią. Kto wie, może się jej opił?

Kiedy taka podejrzana osoba umierała, na wszelki wypadek zabezpieczano się przed jej powrotem. Najlżejszą represją było umieszczenie zwłok takich zmarłych na skraju cmentarza, np. przy murze (tak jest w naszym przypadku). W skrajnych przypadkach rozkopywano grób i wbijano w ciało osinowy kołek, który miał skutecznie zatrzymać „złego”.

Znano jednak i inne „chytre” sposoby. Znane są wampiryczne pochówki, w których zmarłemu pod gardłem umieszczano sierp. Wampir, usiłując wydostać się z grobu, odcinał sobie głowę i nie był już taki niebezpieczny.

Bardziej skuteczną metodą było odrąbanie mu głowy, np. szpadlem, i ułożenie jej w nogach nieboszczyka. Ten, usiłując wydostać się na zewnątrz, był zupełnie zdezorientowany swoim położeniem. Wampir chyba nie był zbyt mądry – tak można przynajmniej sądzić po innych „sposobach” jego poskramiania. Żeby się go pozbyć, obracano truchło na brzuch, twarzą do ziemi. „Zły” po przebudzeniu natychmiast starał się wydostać na zewnątrz i zaczynał kopać pod sobą. Skąd biedak miał wiedzieć, że zamiast się wydostawać na powierzchnię, zagłębia się jeszcze bardziej…

Inną metodą na zmylenie „złego” było położenie mu na oczy kamieni lub monet, dzięki czemu nic nie widział. Czy tak było w naszym przypadku?

– To będziemy wiedzieć dopiero po wydobyciu czaszki – odpowiadają archeolodzy.

 

Winien zarazy

 

„Łowcy złych” masowo pojawiali się podczas zarazy. Ludzie usiłowali sobie jakoś wytłumaczyć, dlaczego spotyka ich takie nieszczęście. Wracające zza grobu upiory były oskarżane o roznoszenie chorób. Na początku XVIII wieku przyrodnik Jerzy Andrzej Helwing pisał, po wypatrzeniu w prasie alarmującej informacji o zarazie:

„(…) listy z Kamieńca donoszą, że na Podolu w wielu miejscach bydło ponownie zaczęło padać. (…) Zaraza tak się rozprzestrzeniła, że zaczęto myśleć, że ona pochodzi od jakiegoś upierzca i dlatego zaczęto wykopywać niektóre zwłoki niedawno zmarłych ludzi i znaleziono wśród nich takie, którym obcięto głowy i dzięki temu zaraza ustała z godziny na godzinę, a chore bydło znowu ozdrowiało. Upierzem albo uspierzem nazywa się taki rodzaj martwych ludzkich ciał, które same się w grobie pożerają. Jak tylko jakieś zaczyna się pożerać, to powoduje to powstanie zarazy i ona nie kończy się, dopóki zwłokom nie odtrąci się głowy od tułowia”.

Może zmarli pochowani na zielonogórskim cmentarzu „wywołali” taką zarazę?

 

Choroby niszczą miasto

 

Wielka zaraza dotknęła nasze miasto w 1314 r. Przypomina o tym kaplica Na Winnicy. Wtedy zaraza dziesiątkowała całą Europę. Nie było na nią sposobu. Kolejne miasta, prowincje i państwa się wyludniały. Podobnie było w Zielonej Górze. Ocaleli tylko nieliczni, którzy uciekli z miasta. Jedyną obroną było zaszycie się w jakimś zacisznym kącie, gdzie nie dotarli inni ludzie i zwierzęta. Każdy kontakt, zwłaszcza z obcymi, niósł olbrzymie zagrożenie. Zaraza w 1314 r. zabiła ok. 700 zielonogórzan.

35 lat później kolejna zaraza znowu zdziesiątkowała ludność miasta. Przedwojenny burmistrz Alfred Finke w opracowaniu z 1924 r. wymienia kilkanaście epidemii. Najgroźniejszą w 1349   r. przeżyło jedynie 200 zielonogórzan. Jedną trzecią mieszkańców zabrała zaraza w 1497 r. Równie okrutna była ostatnia wielka zaraza w 1631 r., która uśmierciła 2/3 mieszkańców.

Większość takich wydarzeń nie odnotowały żadne kroniki. Przedwojenny dyrektor muzeum Martin Klose sporządził taki spis epidemii, które nawiedziły miasto. Jest w nim ponad dwadzieścia pozycji.

* Zaraza nawiedziła nasze miasto w roku: 1314, 1349, 1412, 1451, 1460, 1464, 1468, 1489-90, 1497 (600 ofiar), 1630, 1631 (700 – 1.000 ofiar).

* Niebezpieczeństwo zarazy odnotowano w latach: 1680-82, 1709, 1757.

* Czerwonka – ta choroba zdziesiątkowała ludność w roku 1618, 1679, 1778.

* Ospa atakowała Zieloną Górę w roku: 1621, 1634, 1738, 1787, 1802.

* Epidemia tyfusu: 1812-13

* Cholera – 1855 r.

 

Przy pisaniu materiału korzystałem z tekstu „Jak nasi dziadowie polowali na żywe trupy” Adama Węgłowskiego.

 

Tomasz Czyżniewski
codziennie nowe opowieści i zdjęcia
Fb.com/czyzniewski.tomasz

 

Wierzono, że po śmierci „zły” zmarły zjada swoją garderobę lub własne ciało i w ten sposób odbiera energię żywym. Stąd czasami spotykamy ślady krępowania rak, by zmarły nie był w stanie zjadać swojego ciała. Przebijano go kołkiem osikowym lub odcinano głowę.