Znany jest ze swojej miłości do sportu, zwłaszcza piłki nożnej. Andrzej Flügel to wieloletni kierownik działu sportowego „Gazety Lubuskiej”. Zanim jednak został dziennikarzem, pracował w… służbie więziennej.

W ubiegłym roku Flügel przeszedł na emeryturę i wreszcie spełnił swoje zapowiedzi o przelaniu na papier więziennych wspomnień. Książka nosi tytuł „Schowani do wora”. W więziennictwie ten termin oznacza członków grypsery, co do których współwięźniowie mają wątpliwości, np. posądzają ich o bycie kapusiami. Dziennikarz, z którym we wtorek odbyło się spotkanie autorskie w Bibliotece Norwida, po zakończeniu studiów planował uczyć w szkole. Przypadek sprawił, że trafił do pracy w służbie więziennej. – Pisałem pracę magisterską, do której materiały udostępniał szef komisji badania zbrodni hitlerowskich przy sądzie wojewódzkim – wspomina A. Flügel. Gdy po udanej obronie udał się z kolegami, by podziękować za pomoc, zapytany został o plany. Od słowa do słowa, przy kawie, narodził się temat pracy w więziennictwie.

Flügel ponad dekadę był wychowawcą, najpierw przez sześć lat w Areszcie Śledczym w Zielonej Górze, potem trzy lata w Zakładzie Karnym w Krzywańcu i znów w areszcie.

W książce możemy przeczytać między innymi o zasadach panujących w PRL-owskim więziennictwie, bardzo różniących się od tych, z którymi mają do czynienia pracujący dziś w takich miejscach. Flügel obrywał za… długie włosy. Wiele premii przeszło mu koło nosa za to, że nie chciał podporządkować się w tej kwestii przełożonym. Na kartach nie brakuje szczegółowych i barwnych opisów więźniów i funkcjonariuszy, którzy autorowi szczególnie utkwili w pamięci. – To było tu, na twardym dysku – zaznacza dziennikarz, pukając palcem w swoją głowę. – Są to postaci, które zapadły w pamięć wszystkim. Jakbym spotkał jakiegoś leciwego funkcjonariusza i powiedział np. Zenek S., to wiedziałby o kogo chodzi.

Podczas lektury wspomnień niejednokrotnie złapiemy się za głowę lub zaśmiejemy się w głos, bo książka, mimo że traktuje o poważnej służbie, ma w sobie dużą dawkę dobrego humoru. Wychowawca jadący w konwoju? Dziś to nie do pomyślenia, ale wówczas rzucanie na różne „odcinki” służby było na porządku dziennym. – Stary recydywista miał ksywę Żaba. Siedział ze mną i kolegą na dworcu PKP w Lesznie, przykuty zresztą kajdankami do mnie. Patrzył żałośnie, jak zamówiliśmy sobie bigos. Pytam go: „Żaba! Głodny jesteś? No, jestem”. To kupiliśmy mu też bigos – przytacza fragment opowieści.

Dziennikarz książkę zadedykował żonie Krystynie. – Kto wytrzymałby z takim facetem, jak nie moja żona – wyznaje A. Flügel. To ona zaakceptowała też stuprocentowy zwrot w karierze zawodowej męża. Temat dziennikarstwa i pracy w dziale sportowym „Gazety Lubuskiej pojawił się w życiu Flügela również przez przypadek. I… gazetowy licznik wskazał prawie trzy dekady pracy. Czy to także materiał na książkę? – Ostatnie zdanie „Schowanych do wora” brzmi, że właśnie przyszedłem do gazety, ale to już temat na zupełnie inne opowiadanie. I taki wielokropek zostawiam na końcu… – mówi A. Flügel.

(mk) - ŁZ