Urszula Jankowska to wulkan energii i kopalnia pomysłów. Skakała na spadochronie, latała na paralotni, prowadziła pandemiczną dyskotekę balkonową. Od roku straciła głowę dla morsowania. Ochla i Zalew Świdnicki to dla niej było za mało. Zebrała ekipę i pojechała zanurzyć się w wodospad w Karkonoszach!

Ula z ekipą morsuje kilka razy w tygodniu. Zwykle nad Zalewem Świdnickim, czasem na Dzikiej Ochli. Wkręcił ją kolega i teraz jak mówi ze śmiechem potrzebuje sporej dawki adrenaliny. Założyła facebookową grupę Foczki, do której akces zgłosiło ok. 30 osób. To głównie panie, ale kilku śmiałków też się znalazło. Dwa tygodnie temu rzuciła hasło: Pojedźmy na rzekę Kwisa (koło Żagania). Foczki złapały bakcyla i w miniony weekend poprzeczka poszła w górę, wybrały się w Karkonosze. Jednego dnia zanurzyły się dwa razy!

fot. Grupa Foczki
fot. Grupa Foczki

Wybór padł na Wodospad Podgórnej w Przysiece, potem zawitały do wodospadu Kwisa. Lewy dopływ Bobru od lat przyciąga tłumy miłośników lodowatych kąpieli. Organizacyjny zmysł Uli i dar przekonywania sprawił, że w przygodzie uczestniczyło blisko 30 osób. Sceneria była zimowa. Siarczysty mróz przekraczał 10 stopni poniżej zera! Było mnóstwo śniegu, a auta zakopały się. Samo zejście pod wodospad okazało się strome i oblodzone. Foczki tradycyjnie zaczęły od rozgrzewki prowadzonej przez koleżankę Elę, a potem zaczęła się walka ze sobą, próba charakteru.

Morsowali z szalikami Falubazu

– Z konieczności musieliśmy się rozdzielić na dwie grupy, bo wszyscy nie zmieścilibyśmy się pod lodem –  mówi podekscytowana Ula Jankowska. – Karkonosze mają urok, magię. Bawiliśmy się fantastycznie, tego nie da się opisać żadnymi słowami. To trzeba przeżyć samemu – przekonuje. – Warunki do morsowania były trudne. Nie obyło się bez licznych wywrotek. Uniknęliśmy złamań, ale każdy mocno się poobijał. Te uślizgi jeszcze bardziej zmotywowały. Krzyczeliśmy jak oszaleli ku uciesze turystów, dla których byliśmy jedną z głównych atrakcji.

Zielonogórzanie zwracali na siebie uwagę z jeszcze jednego ważnego powodu, w wodzie dumnie powiewały szaliki żużlowego Falubazu i chusta w barwach Zielonej Góry. Grupa nie tylko zażywała zimnych kąpieli, ale i imprezowała. Panie zadbały o ciasta, przepyszny sernik, murzynka i chrupiące rogaliki. Panowie zajęli się ogniskiem z kiełbaskami. Nie zabrakło dobrej rozgrzewającej muzyki.– Te endorfiny, czyli hormony szczęścia po tej wyprawie lały się strumieniami – wybucha śmiechem Ula. – Byliśmy zgraną grupą, wspieraliśmy się – dodaje.

fot. Grupa Foczki
fot. Grupa Foczki

Morsowanie dla aktywnych!

Ula Jankowska potwierdza, że morsowanie jest teraz modne, nad Zalewem Świdnickim swoich sił próbuje dwa razy więcej żądnych emocji mieszkańców niż rok temu. Jej zdaniem zanurzanie się w lodowatej wodzie wbrew pozorom to nie jest mistrzostwo świata. – Tak jak w każdej innej dziedzinie życia trzeba się odważyć i przełamać – tłumaczy Ula. – Oczywiście każdy w swoim tempie. Ponoć w trakcie pierwszego morsowania w wodzie się stoi około minuty, dwie, mi udało się aż 12 minut. W naszej grupie są instruktorzy fitness, znaczna część to ludzie, którzy na co dzień dużo trenują więc morsowanie dla nich to rodzaj aktywności, namiastka treningu. Wychodzimy z domu na świeże powietrze, spotykamy się z ludźmi których lubimy i znamy z zajęć fitness. Morsowanie to opcja dla ludzi aktywnych, bo to jest obciążenie dla organizmu tak jak trening i pokonujemy swoje słabości tak jak podczas treningu – podkreśla.

U. Jankowska dodaje, że w czasach, kiedy wszystko jest zamknięte każda możliwość spotkania się daje niesamowitego energetycznego kopa na kolejne dni.

Zapowiada, że jeszcze niejeden raz zaskoczy zielonogórzan swoimi pomysłami.

– Zawsze działam na „spontanie” – śmieje się Ula. – Kiedy coś robię muszę czuć motyle w brzuchu. Nakręcam się tak jak niektórzy po mocnym napoju energetycznym. Dogaduję się z ludźmi, którzy działają a nie wiecznie gadają i narzekają. Trzeba mieć odwagę spełniać marzenia, bo drugiego życia nikt nam nie podaruje. W zeszłym tygodniu z koleżanką Emilią po raz pierwszy zanurzyłam głowę – zdradza. –  To było po 21.00 nad Zalewem Świdnickim. Do akcji namówiliśmy dwóch chłopaków, którzy nie wiedzieli o naszych planach. Oświecili nas latarkami, nakręcili film telefonem, a my z Emilką mieliśmy wrażenie, że dostajemy skrzydeł! Tak nam było błogo!

fot. Grupa Fotki
fot. Grupa Fotki
(rk)-WZG