W piątek, meczem ćwierćfinałowym z Treflem Sopot rozpoczął zmagania w Pucharze Polski Stelmet Enea BC Zielona Góra. Po turnieju w Warszawie z drużyną rozstaje się Przemysław Zamojski, który pojedzie walczyć o historyczny udział polskiej ekipy w koszykówce trzyosobowej na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio.

– Dla pana to pewnie szczególny czas, bo za chwilę w trakcie jednego sezonu rozpocznie się inny, ten w koszykówce 3×3.

– Można tak to ująć. To będzie ostatni turniej, który rozegram z drużyną z Zielonej Góry i pojadę na swoje przygotowania, gdzie będziemy ciężko trenować po to, żeby w pierwszym terminie zdobyć kwalifikację olimpijską i żeby jak najszybciej wrócić do Zielonej Góry.

 

– Kibice też dali pozytywnego kopa, chociażby przy okazji ostatniego meczu w CRS, gdzie zgotowali panu owację.

– Kibice są wspaniali. Zawsze nas wspierają. Wiem, że wybiera się też grupa na Puchar Polski. Z niektórymi zobaczę się jeszcze podczas turnieju. Mam nadzieję, że zostaną w Warszawie jak najdłużej.

 

– Jak będzie wyglądał ten czas poświęcony koszykówce 3×3?

– Zaczynamy od zgrupowania w Gdańsku. Tam jest ośrodek treningowy, gdzie będziemy mieli taką nawierzchnię, jak na turnieju kwalifikacyjnym w Indiach. Potem mamy dwa turnieje sprawdzające w Sankt Petersburgu i na sam koniec pojedziemy na jeszcze jeden obóz adaptacyjny. Turniej w Indiach będzie rozgrywany w dniach 18-21 marca.

 

– Gdyby tam się nie udało zdobyć olimpijskiej przepustki, to następna szansa za miesiąc?

– Tak, około 21 kwietnia.

 

– Jak rodzina znosi te rozłąki? Jak sobie radzicie, gdy tata, mąż znika na dłużej?

– Bardzo dobrze sobie radzimy. Żona od zawsze mnie wspierała i do tej pory tak jest. Całą karierę grałem w kadrze, więc zawsze te wakacje były mocno zajęte. Korzystamy tyle, ile się da. Wolny czas zawsze spędzamy razem. Żona powiedziała jedno: spełniaj swoje marzenia! Walka o olimpiadę to jest wielka sprawa. Jadę, żeby to zgarnąć!

 

– Walka o olimpijskie przepustki czasami wyzwala jeszcze więcej emocji niż starcie o medale mistrzostw świata czy Europy…

– Wiemy, że wszystkie drużyny będą szalenie zmotywowane. Na igrzyskach zagra tylko osiem najlepszych drużyn świata (Polacy w ubiegłym roku z P. Zamojskim w składzie zdobyli brązowe medale mistrzostw świata – dop. MK). My chcemy wyjść z grupy i przejść ćwierćfinał, żeby załapać się do czwórki. Wtedy są dwie szanse. Jeśli wygrasz półfinał, to od razu masz kwalifikację, a jak się nie uda, to jest jeszcze mecz o trzecie miejsce. Jego zwycięzca również jedzie do Tokio.

 

– Ciężko jest się przestawić na koszykówkę 3×3? O czym trzeba pamiętać?

– O tym, że piłka jest mniejsza o jeden rozmiar. Ma jednak tę samą wagę. Ułożenie ręki przy rzucie nie zawsze jest takie same, jak w naszej koszykówce ligowej. Trzeba być też gotowym na to, że będzie się trochę bardziej poobijanym.

 

– Łokcie na porządku dziennym?

– Przypomina to pracę, jaką wykonują nasi podkoszowi. Wszyscy walczą. Jest ostra, fizyczna walka i piekielnie szybkie tempo.

 

– Kiedy zaczęła się fascynacją koszykówką 3×3? To jeszcze czasy koszykarskiej młodości i rodzinnego Elbląga?

– Dokładnie. Jeździliśmy z kolegami z podwórka po różnych miejscowościach, chcieliśmy się pokazać w różnych turniejach. Udawało się czasami wygrywać. Tak się narodziła miłość do ulicznej koszykówki. Po latach gry na parkiecie powróciła. Można powiedzieć, że zmierzam tam, skąd przyszedłem. (śmiech – dop. MK)

 

– A ci „ulicznicy” z kadry, jakimi są ludźmi? Oglądając wasze poczynania, można stwierdzić, że świetnie czujecie się w swoim towarzystwie

– Bardzo zżyci jesteśmy. Jeden za drugiego pójdzie w ogień. Wszyscy w siebie wierzą, są też wobec siebie lojalni. Znamy się od wielu lat. To nie jest tak, że wszedłem do tej drużyny i nikogo nie znałem. Z Michaelem Hicksem wiele turniejów rozegrałem w jednej drużynie. Spotykaliśmy się niemal w każde wakacje, zawsze ze sobą trenowaliśmy. Z trenerem rywalizowałem od młodzieńczych lat w ramach zmagań Elbląg kontra Gdańsk. To jest grupa ludzi, którzy siebie doceniają i chcą stworzyć coś pięknego dla tej polskiej, ulicznej koszykówki.

 

– Słownik polsko-japoński już jest?

– Na razie skupiamy się na tych kwalifikacjach, ale mam nadzieję, że japońskie słowa będą nam potrzebne, żeby używać ich podczas wakacji.

– Dziękuję.

 Marcin Krzywicki