Podobno statystyki nie kłamią. Województwo lubuskie ma najmniej mieszkańców zakażonych koronawirusem. To wywołuje w nas ulgę czy zdumienie?

Jest takie stare powiedzenie „nie chwal dnia przed zachodem słońca”. Dziś prezentowane statystyki już wieczorem mogą być całkiem inne. Ale to właśnie one konsekwentnie pokazują, że w Lubuskiem jest najmniej potwierdzonych zachorowań na koronawirusa. Zamiast naukowej analizy, dlaczego tak się dzieje, dysponujemy wyłącznie hipotezami, wygłaszanymi na gorąco opiniami, czasem przeplatanymi spiskowymi teoriami. Idziemy ich śladem, bo lubuski fenomen i nas intryguje. Z góry odrzucamy jedną z zasłyszanych opinii, że… trafiło się ślepej kurze ziarno. Zwykły traf wydaje się mało prawdopodobny.

Jest środa, 22 kwietnia. To nasz punkt wyjścia. W Lubuskiem u 85 osób potwierdzono chorobę COVID-19 i nadal nie odnotowano ani jednego zgonu, co na tle wszystkich pozostałych województw czyni nas absolutnym wyjątkiem. Po przeciwnej stronie mamy Mazowieckie, w którym choruje już 2098 osób i tylko w samej Warszawie zmarło ich aż 73.

Najmniej seniorów?

Grupą najbardziej zagrożoną koronawirusem są seniorzy, którzy zwykle mają choroby współistniejące. Polski senior najczęściej chodzi do okulisty i kardiologa (GUS). Na dysproporcję liczby zachorowań i zgonów między Lubuskiem a resztą kraju mógłby więc wpłynąć fakt, że w naszym województwie mieszka najmniej osób w wieku 60 lat i więcej. I takie to proste?

Niestety, choć mamy w województwie tylko 250 tys. starszych ludzi, podczas gdy np. samo Mazowieckie ma ich grubo ponad milion, udział seniorów w ogólnej liczbie mieszkańców u nas i u nich jest porównywalny. Patrząc z tej perspektywy, w wojewódzkiej wyliczance Lubuskie zajmuje dopiero miejsce… dziesiąte z szesnastu. Dla koronawirusa jesteśmy więc z racji wieku tak samo atrakcyjni, jak pozostali Polacy.

Już dwa tygodnie temu prawie 7 procent potwierdzonych przypadków koronawirusa w Polsce dotyczyło domów pomocy społecznej, w których m.in. mieszkają seniorzy.

– U nas żaden nie zachorował, ale mamy świadomość, że to w każdej chwili może nastąpić. Budynek został zamknięty, mieszkańców nikt nie odwiedza. Lekarz pomaga tylko w przypadku zagrożenia życia. Największym teraz zagrożeniem jest więc dla naszych seniorów personel, choć przestrzegamy wszystkich środków ostrożności – mówi Roman Działa, dyrektor Domu Pomocy Społecznej dla Kombatantów. A Aleksandra Chmielińska-Ciepły, rzeczniczka wojewody lubuskiego dodaje, że personel wszystkich domów społecznych jest badany prewencyjnie. Oba zielonogórskie domy pomocy społecznej są zamknięte od 6 marca.

Małe zaludnienie…

To często powtarzany argument. Z pewnością nie należy go bagatelizować. Średnio na jednym lubuskim kilometrze kwadratowym mieszka zaledwie 73 Lubuszan. Słowem, mamy więcej luzu! Mogą nam go pozazdrościć rekordziści: mieszkaniec Śląska, który na swoim kilometrze gnieździ się z 368 krajanami albo Małopolski, choć przestrzeni wokół siebie ma trochę więcej. Im mniejsze zaludnienie, tym wirusowi trudniej. Najtrudniej na wyspie bezludnej… ale przecież Lubuskie ma ponad milion mieszkańców!

Za argumentem zaludnienia mógłby przemawiać przykład województwa warmińsko- mazurskiego, w którym na jednym kilometrze do kwadratu żyje tylko 59 mieszkańców, i pod względem liczby zachorowań znajduje się tuż za nami. Tylko dlaczego, w takim razie, COVID-19 szerokim łukiem nie omija podlaskiego (335 zachorowań)… z dokładnie takim samym wskaźnikiem zaludnienia jak warmińsko-mazurskie, czyli znacznie mniejszym niż w Lubuskiem?

A może to nie u nas jest tak mało zachorowań, tylko „u nich” tak dużo? Przyjrzyjmy się więc największym aglomeracjom miejskim w Polsce. Listę otwierają Katowice, potem jest Warszawa, Kraków, Łódź, Trójmiasto, Poznań, Wrocław, Bydgoszcz, Szczecin… Prawie na końcu wykazu znajduje się Olsztyn, za nim Zielona Góra i Gorzów Wlkp. Do tej układanki nie pasuje wyłącznie Szczecin, a szczególnie Trójmiasto. Dlaczego? Odpowiedzią jest mapa zakażeń w Polsce. W potężnej pomorskiej metropolii rzuca się w oczy zadziwiająco mała liczba potwierdzonych zakażeń koronawirusem. Może to oni, a nie my, powinni łamać sobie głowy: dlaczego? Pojawiły się tam dwie teorie: o wczesnych, styczniowych feriach dzieciaków i o niedoszacowaniu statystyki zakażeń, związanej ze zbyt małą liczbą wykonywanych testów.

Testuj, testuj, testuj

Słowa, które wypowiedział dyrektor generalny Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) na długo zapadną nam w pamięci. W niektórych krajach, w tym europejskich, wzięto je również do serca. W Luxemburgu, Portugalii, Szwajcarii, Irlandii, we Włoszech, Niemczech, Austrii, Hiszpanii, Szwajcarii… stały się pierwszą bronią w walce z niewidzialnym agresorem. Kto nie testuje, nie wykrywa zakażeń, nie przerywa łańcucha zachorowań. W Polsce od 4 marca na milion mieszkańców wykonano ponad 6,3 tys. testów (źródło: portal Worldometer), choć z każdym dniem jest ich więcej. Niewiele, nawet biorąc pod uwagę fakt, że kraje znajdują się w różnej fazie epidemii. Z kolei wypadamy całkiem dobrze, gdy porównamy się z Bułgarią albo Węgrami.

– My tych testów wcale tak mało nie robimy – mówi Sylwia Malcher-Nowak ze szpitala uniwersyteckiego w Zielonej Górze. – Tylko od 1 do 19 kwietnia pobraliśmy około 850 wymazów.

– Na dzień 17 kwietnia w województwie wykonaliśmy 4124 testy. Na tę chwilę w naszym przekonaniu jest to ilość wystarczająca. Próbki w gorzowskim laboratorium badane są na bieżąco – informuje rzeczniczka wojewody lubuskiego.

Średnio w województwie było więc wykonywanych trochę ponad 90 testów dziennie. Czy to oznacza, że „testujemy, testujemy, testujemy”?

Chorzy medycy, ale nie u nas

W pierwszej dekadzie kwietnia Generalny Inspektorat Sanitarny poinformował, że źródłem 30 procent potwierdzonych przypadków koronawirusa w Polsce był kontakt w lecznicy. 17 procent zakażonych w Polsce to personel medyczny, odsetek jeden z najwyższych w Europie.

– Nie u nas – uspokaja S. Malcher-Nowak, która podczas pobytu pacjenta „zero” w Klinicznym Oddziale Chorób Zakaźnych w Zielonej Górze biła na alarm z powodu dramatycznego braku maseczek chirurgicznych w szpitalu. – Od tamtego czasu sytuacja się bardzo poprawiła. W szpitalu nie było i nie ma nikogo z personelu, kto miałby potwierdzone zakażenie koronawirusem. W razie potrzeby testujemy personel, choć nie jest to procedura standardowa.

– Gdy wpływają do nas próbki personelu medycznego albo służb mundurowych, badamy je priorytetowo – zapewnia też A. Chmielińska-Ciepły.

Z powodu nieznośnej drobinki z Wuhan, mniejszej niż 0,3 mikrometra, przeorganizowały się szpitale, rozproszyły zespoły ratownictwa medycznego pogotowia ratunkowego. Gdy jeden z zielonogórskich zespołów trafił na kwarantannę, nie wyeliminował z pracy pozostałych. Tak trzeba. Zielonogórzanie przekonali się, że nawet czterolatek z fałszywym zachorowaniem na COVID-19 może „wysadzić w powietrze” cały oddział chirurgii dziecięcej.

Pierwsi będą ostatnimi?

4 marca do zielonogórskiej lecznicy, wprost z Cybinki, trafił pierwszy pacjent w Polsce z potwierdzonym koronawirusem. I dzięki niemu wyprzedziliśmy wtedy działania rządu o przysłowiowe trzy kroki – twierdzą autorzy kolejnej hipotezy.

– Jeszcze tego samego dnia prezydent Zielonej Góry podjął decyzję o zawieszeniu imprez masowych, zaapelował o spokój, do seniorów o unikanie skupisk ludzkich. Jedna po drugiej zapadały decyzje: o zamknięciu domów pomocy społecznej, noclegowni, ograniczeniu pracy urzędu, zakazie korzystania z placów zabaw… – przypomina Waldemar Michałowski, dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego w zielonogórskim magistracie.

W tym samym czasie lubuski sanepid pracował nad przerwaniem łańcucha transmisji „pasażera na gapę” przywiezionego do Cybinki z opanowanego epidemią regionu Niemiec.

Amerykańscy epidemiolodzy (źródło: forsal.pl) wyliczyli, że wprowadzenie w Stanach Zjednoczonych tylko o tydzień wcześniej polityki społecznego dystansu spowodowałyby około 60-porcentową redukcję zgonów w USA. No to w Zielonej Górze zakaz zgromadzeń został wprowadzony 4 marca, a w całej Polsce 13 marca.

– To było w województwie lubuskim właściwe podejście do problemu zakażeń wzajemnych. Dyscyplina społeczna też była naprawdę duża i działała na naszą korzyść. Pierwszy przypadek a już widziałem ludzi w maseczkach – ocenia Włodzimierz Janiszewski, epidemiolog, były szef Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Zielonej Górze.

***

Seniorzy i medycy wolni od wirusa, aglomeracja w ogonie znacznie potężniejszych metropolii, testowanie… a może stan alertu wywołany w Lubuskiem przez pacjenta „zero”. Która z przyczyn niższej zachorowalności jest bliższa prawdy? Jedna, wszystkie, żadna? Jestem za… a niech tam, wybierzcie Państwo sami.

Sylwia Malcher-Nowak, rzecznik prasowy szpitala uniwersyteckiego w Zielonej Górze:

– W szpitalu bardzo szybko podjęliśmy działania, uniemożliwiające przyniesienie koronawirusa do lecznicy i jego rozprzestrzenianie. Wstrzymaliśmy planowe przyjęcia, udaremniliśmy swobodne wchodzenie na oddziały i do szpitala, pacjentów wstępnie badamy w namiotach. Ograniczyliśmy kontakty pacjentów z osobami z zewnątrz, na oddziałach powstają izolatki dla osób zakażonych. Przez pierwszy miesiąc to na nasz szpital spadł ciężar przyjmowania pacjentów z całego województwa. Zajmował się nimi ośmioosobowy zespół lekarzy. Mamy też procedury wewnętrzne, które wprowadziliśmy albo zaktualizowaliśmy w ubiegłym roku, podczas hospitalizacji pacjentów zakażonych bakterią New Delhi. To teraz zaprocentowało, bo my dokładnie wiemy co robić.

 

Włodzimierz Janiszewski, epidemiolog, były dyrektor Wojewódzkiej Stacji Sanitarno – Epidemiologicznej w Zielonej Górze:

– Oczywiście, zastanawiałem się nad tym, dlaczego mamy tak mało przypadków zachorowań. I myślę, że obok właściwego podejścia i dyscypliny, trzecią przyczyną mógł być fakt, że w autokarze z Niemiec z naszym pacjentem „zero” jechali pasażerowie, którzy pojechali w głąb kraju, tylko przejeżdżając przez nasze województwo. To nie byli Lubuszanie, nie mieliśmy więc z nimi żadnego kontaktu. U siebie trafili na kwarantannę, a nasz pacjent z Cybinki postawił w stan alertu województwo lubuskie, czym rzeczywiście mógł nam się przysłużyć. To oczywiście tylko przypuszczenie, ale chyba warto je wziąć w tych rozważaniach pod uwagę.

 

Roman Działa, dyrektor DPS dla Kombatantów w Zielonej Górze:

– Boimy się o mieszkańców, o swoje rodziny, o siebie. To ciśnienie w każdym z nas jest bardzo wysokie. Niedługo będą dwa miesiące, jak nasi mieszkańcy żyją w zamknięciu i to oczywiste, że są podenerwowani, zaniepokojeni, niektórzy zaciekawieni. Mają ograniczone zajęcia, posiłki jedzą teraz tylko w swoich pokojach. To bardzo trudna sytuacja. Rozmawiamy z nimi, wyjaśniamy, zachęcamy do częstego mycia rąk. Zwiększyliśmy nawet liczbę pojemników z płynem do dezynfekcji, żeby im to ułatwić. Sam personel jest zabezpieczony w maseczki, fartuchy, rękawiczki i przed każdym dyżurem ma mierzoną temperaturę.

Ewa Lurc