Kto by pomyślał, że miejska polityka skłoni mnie do sięgnięcia po stojące na półce od matury „Dzieje literatury polskiej” profesora Krzyżanowskiego. Wszystko po to, by przypomnieć sobie o sentymentalizmie – nurcie umysłowym z przełomu XVIII i XIX wieku.

Jego twórcy uważali, że człowiek w procesie cywilizacji utracił podstawowe wartości, dlatego propagowali powrót do natury. Dzieło sztuki powinno mówić o uczuciach, psychice człowieka i przeżywanych przez niego emocjach. Dla nurtu typowe były sielanka i powieść sentymentalna. Ideałem bohatera dla sentymentalistów był człowiek czuły (fr. sensible). Oprócz przesady w wyrażaniu uczuć i afektacji, odznaczał się zamiłowaniem do wsi, do której uciekał ze stolicy w poszukiwaniu tkliwych wzruszeń. Wprowadzał tam zwyczaje ludzi prostych, niezepsutych przez cywilizację, najczęściej pasterzy i rolników. Julian Krzyżanowski napisał, że sentymentalizm odznaczał się tkliwością, przesadną, łzawą afektacją, i nazywał go sztuczną zabawą maskową.

Sięgnąłem do Krzyżanowskiego, bo sentymentalizm skojarzył mi się z propozycją uchwały, jaką wniosła do rady miasta PO. Nie wnikając w szczegóły – uchwała proponuje wrócić do konsultacji w sprawie amfiteatru, a wypowiedzi kolegów świadczą o tym, że ich intencją jest zmuszenie prezydenta do remontu amfiteatru w obecnym kształcie. Zdaje się, że koledzy spali, kiedy na łączce przy amfiteatrze odbywały się konsultacje i setki zielonogórzan wybierały najbliższą ich sercu koncepcję tego, co ma powstać w miejscu dotychczasowej budowli i spali też wtedy, kiedy Agata Miedzińska – szefowa ZOK, podpisywała umowę na projekt nowej hali widowiskowej. To „wezwanie do konsultacji” jest napisaniem czarno na białym: zielonogórzanie, wyrzućmy półtora miliona złotych do kosza i zacznijmy dyskusję od nowa, bo jest w naszej PO grupa sentymentalistów.

Za PRL-em nie tęsknią, ale za jego symbolami i owszem. Kiedy czytam, jakie to świetne imprezy w amfiteatrze były, a zwłaszcza Festiwal Piosenki Radzieckiej to ja, „stary lewak”, przecieram oczy ze zdumnienia. PRL im się nie podobał, ale FPR – to rzecz godna wyniesienia na sztandary?

Inny zwolennik „starego amfiteatru” pisze: trzeba go zachować, bo był tam Lech Wałęsa. I to ma być powód wydania milionów złotych?

Moje zdanie jest proste. Amfiteatry w tym klimacie to przeżytek, relikt biedy PRL-u. Niepraktyczne budowle, wykorzystywane kilka, kilkanaście razy w roku. Mają rację bytu tylko w miejscowościach wypoczynkowych – w Koszalinie, Olsztynie, Świnoujściu, choć i tam działają tylko półtora miesiąca. W Opolu amfiteatr w minionym roku miał coś z osiem imprez, w Kielcach rokrocznie jest 13-15 imprez, od maja do września (dane dzięki uprzejmości naszego ZOK).

Jak mówiła mi pani Agata – nasz to ciągłe zmartwienie. Będzie za zimno czy za gorąco? Będzie wiało czy grzało? Słońce oślepi artystów czy nie? Sprzęt z ciężarówek uda się wnieść na plecach ekipy czy trzeba znaleźć dodatkowych ludzi? Dlatego jestem zwolennikiem prostego działania – kilka spychaczy i do morza. Hala to jednak możliwość koncertowania bez względu na porę roku i pogodę.

Dlatego dziwi mnie, że niektórzy uważają amfiteatr za lepszy niż całoroczna hala widowiskowa.

Profesor Krzyżanowski pisał, że sentymentalizm propagował  prymat uczucia nad rozumem. Niektórzy jakby byli dziećmi tej XVIII-wiecznej epoki.

 

Andrzej Brachmański