Sprawa, o której mówiła cała Polska zaczęła się 9 stycznia 2010 r. w Zielonej Górze. Po kilku dniach regionem wstrząsnęła fala seryjnych gwałtów. Zwyrodnialec był sprytny i bezwzględny. Atakował, gwałcił i znikał policji dosłownie sprzed nosa. Ofiar przybywało. Gwałciciela szukały setki policjantów i pograniczników. Ludzi organizowali społeczne patrole. Obawiano się nawet samosądów. To była dosłownie psychoza.

Zaczęło się 9 stycznia 2010 r. w Zielonej Górze. Dziewczyna, która wracała z dyskoteki została zaciągnięta do pustostanu przy ul. Chmielnej i tam brutalnie zgwałcona. Policja szukała sprawcy. Prasa dostała komunikat z policji o napadzie i brutalnym pobiciu dziewczyny.

Seryjny gwałciciel wywołał psychozę w regionie. Zaczęło się od Zielonej Góry, a potem obawiano się nawet samosądów