Główny temat tygodnia to „niespodziewane” przyjście zimy. Dla wielu ten śnieg, który spadł, to już wielka zima. Ale starsze pokolenie, które pamięta „prawdziwe” zimy ma powód do uśmieszków. Nie mówię już o zimie 1979 roku, ale i w latach 80., i w 90. takie „coś”, jakie mamy dziś za oknem, to była codzienność od grudnia do marca. Ostatnimi laty takie opady i mrozy zdarzały się już rzadko. Jednak rytuał pozostał ten sam – spadł śnieg i wszyscy w całej Polsce oczekiwali cudu od drogowców. Już, natychmiast, drogi miały być odśnieżone, a chodniki uprzątnięte. TVP niemal żądało, by prezydenci miast, a zwłaszcza Trzaskowski, osobiście poprowadzili śnieżne pługi…

Kiedyś w prasie w takim momencie pojawiały się gromkie tytuły: „zima znów zaskoczyła drogowców”. Kiedyś nawet w to wierzyłem. Ale odkąd świat stanął otworem a w szklanym okienku są nie tylko dwa programy, ale można obejrzeć CNN, NBC, BBC, ZDF i co tam jeszcze, widać, że nie ma takiego kraju na świecie, w którym drogowcy są w stanie natychmiast uprzątnąć jezdnie, a kolejarze nie dopuścić do opóźnień pociągów. Minister Bieńkowska, mówiąc „sorry, taki mamy klimat”, powiedziała prawdę. Ale jak wiadomo, prawda w dobie „fejsbuków” nie jest towarem najcenniejszym. Więc w całej Polsce pod adresem władz i drogowców znów, jak zawsze przy opadach śniegu, poleciały inwektywy.

Jak na tym tle wyglądało nasze miasto? Ani lepiej, ani gorzej niż inne polskie grody. Śnieg padał, pługi jeździły, ale niewiele to dawało, bo nigdy nie daje. A kierowcy, jak zawsze, psioczyli. Tylko kiedyś psioczyli pod nosem, a teraz psioczyli na Facebooku i Instagramie.

A przecież miasto było przejezdne. Wprawdzie należało jechać powoli, zachowując odstęp, licząc się z tym, że gdzieniegdzie zrobi się korek, ale… dało się jechać. Czasami w takich chwilach myślę, że zima nie zaskakuje drogowców, lecz kierowców, którzy zapominają, że trzeba do normalnego czasu przejazdu doliczyć czas na odśnieżanie samochodu i skrobanie szyb, że trzeba się liczyć z tym, że pojedziemy dużo wolniej i z tym, że nie zawsze da się wjechać w boczną uliczkę.

Jest w województwie miasto, gdzie przy takich opadach nie odśnieża się ulic. Jego burmistrz uznał przed laty, że przy takich opadach odśnieżanie to wyrzucanie pieniędzy w błoto, a raczej w śnieg. I co? Mieszkańcy się przyzwyczaili i… żyją a nawet chwalą swego włodarza. I jeżdżą…

Tak się składa, że w niedzielny poranek byłem w rodzinnym domu, w Wielkopolsce. Rankiem spałem sobie w najlepsze, kiedy w środku nocy, o 7.00 rano, siostra mnie obudziła: – Wstawaj brat, sipa czeka.

Na ósmą ludzie pójdą do kościoła, chodnik przed domem musi być odśnieżony. Więc wziąłem szuflę i zabrałem się do odśnieżania. Na ulicy zobaczyłem pana Kowalewicza i Śnitę, i Stróżyka, i dalszych sąsiadów – wszyscy robili to samo.

Kiedy poniedziałkowym rankiem wróciłem do Zielonej, przejechałem się przez Jędrzychów i Osiedle Unii Europejskiej. Na palcach rąk dało się policzyć domy, przed którymi chodniki były oczyszczone. Na starówce w poniedziałkowy, wczesny ranek, odśnieżone było tylko wejście przed niewielkim lokalikiem, który od pewnego czasu prowadzą młodzi Ukraińcy… Ale na Facebooku pełno było komentarzy, jak to miasto nie daje sobie rady ze śniegiem. A przecież miasto to my…

Andrzej Brachmański